niedziela, 22 sierpnia 2010

Bakłażany w stylu syczuańskim

Z dedykacją dla Księcia Małżonka i Szympansa.

Wymiana książek z Quinoamatorką okazała się być bardzo inspirująca... w jednej z pożyczonych pozycji - Seductions of rice, autorstwa Naomi Duguid i Jeffrey'a Alforda, pary podróżników, którą możecie bliżej poznać dzięki blogowi hot sour salty sweet.com lub stronie immersettrough - wypatrzyłam przepis na ciekawe bakłażany. Jednakże z uwagi na brak w domu pasty z prażonego sezamu (coś jak tahini, tylko chińskie :) sięgnęłam w końcu po przepis z wielokrotnie wypróbowanej The Food of China: A Journey for Food Lovers. Proszę Państwa, bakłażany przygotowywane na parze zachwycają smakiem i aromatem. W połączeniu z sosem rozpływają się w ustach... Może nie zachwycają na zdjęciu, ale naprawdę - warto. Po stokroć warto...
Składniki:
  • 500g bakłażanów - najlepiej podłużnych, chińskich, ale ja robiłam ze zwykłych,
  • 3 łyżki jasnego sosu sojowego,
  • 1 łyżka wina ryżowego Shaoxing,
  • 1 łyżka oleju z prażonego sezamu,
  • 2 łyżeczki octu ryżowego,
  • 1 łyżeczka cukru,
  • 1 dymka, drobno posiekana,
  • 2 ząbki czosnku, drobno posiekane,
  • 1 łyżeczka pasty z czarnej fasoli z chilli (toban jiang)

Przygotowanie:
Bakłażany obrać ze skóry, przekroić wzdłuż na pół. Ułożyć w jednej warstwie na sitach do gotowania na parze, postawić piętrowo nad garnkiem z wrzącą wodą... Parować około 20 minut (albo do miękkości) - jeżeli sitek jest sporo, od czasu do czasu dobrze jest je przełożyć. Po ugotowaniu ostudzić i pokroić na paski o grubości centymetra.
Pozostałe składniki wymieszać w zamkniętym słoiczku (pełniącym rolę shakera), powstałym sosem zalać bakłażany.




poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Placuszki jagodowe

Pomysł na placuszki z jagodami zawdzięczam Olcik z Waniliowej chmurki. Tak zachwalała - że pyszne, że proste i że na lato - aż zrobiłam. I doszłam do wniosku, że choć przepis ma wady, to także potencjał, a w dodatku dziwnie przypomina receptury na muffinki - a więc może można pokombinować? Następnego dnia przerobiłam go "po mojemu" (choćby usuwając sodę - zbyt wyczuwalny był smak "chemii") i puściłam w świat...

  • 1 ¼ szklanki mąki
  • 1/3 szklanki cukru
  • 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
  • ewentualnie: trochę pokruszonych migdałów, albo startych orzechów… można dodać 1-2 łyżeczki cynamonu… albo przyprawy do piernika (tylko takiej prawdziwej, a nie cukru z odrobiną aromatów);
Suche składniki wymieszać w sporej misce. W drugiej misce wymieszać:
  • 1 jajko
  • od ¾ do 1 szklanki: mleka, jogurtu, maślanki (rzadszego mniej, gęstszego więcej) albo mieszanki ww.
  • 2-3 łyżki stopionego masła lub oleju (ostatnio zrobiłam na bazie marokańskiego amlou - mieszaniny migdałów, miodu i oleju arganowego)
Zalać mokrymi składnikami suche, wymieszać do połączenia. Dodać jagody – nawet do pół słoika.
Na rozgrzanej, nasmarowanej olejem patelni smażyć placuszki (1 czubata łyżka masy na 1 placuszek) na małym ogniu (żeby się nie przypaliły, a usmażyły w środku) z obu stron.

sobota, 14 sierpnia 2010

Minione podróże a upały


Podróżować jest fajnie. Strasznie lubimy oglądać nowe miejsca, innych ludzi, poznawać nowe smaki. A później wracać pamięcią do tego, co najlepsze...
W pewne popołudnie, zmęczona sprzątaniem, połączyłam w jedno "zdobycze" dwóch naszych zeszłorocznych wypadów - zaparzyłam miętową, marokańską herbatę. Na bazie pierwszorzędnej, chińskiej zielonej herbaty (import własny, z herbacianego sklepiku przy ulubionym chińskim supermarkecie) i świeżo zerwanych listków mięty. Orzeźwienie w sam raz na gorące dni.
  • zielona herbata,
  • świeża mięta,
  • prawie wrząca woda
  • cukier (opcjonalnie)
Do czajniczka wsypać herbatę (dwie łyżeczki); zalać szklanką prawie wrzącej wody, przepłukać, wylać wodę. Zalać ponownie, dodać liście mięty. Pozwolić by naciągnęła. Jeżeli będziemy herbatę lać do szklaneczek z wysoka, może uzyskamy cenioną w Maroku "piankę"... Słodzimy według uznania.

Swoją drogą to zabawne. Przez dwa tygodnie poszukiwaliśmy w Maroku jakichś pasujących nam szklanek... prostych, ale nie topornych. I kilka dni temu, w Warszawie zdobyliśmy 4 takie - kryształowe, z przeszłością. Idealne - choć do przeszlifowania ;)

Oprócz wody (dużych ilości wody... potwornych ilości wody) i alkoholi, po które czasem trzeba się było przespacerować, ale cóż - Książę Małżonek ma niewątpliwy problem alkoholowy - jest namiętnym kolekcjonerem ;) - często stawiano przed nami w Maroku mniej więcej takie szklaneczki:


Na pierwszym zdjęciu od lewej - kawa nos-nos. Jak na osobę nie pijąca kawy przystało, pijałam ją w każdej możliwej kawiarni ;) i codziennie.
W środku - świeżo wyciskany sok z pomarańczy... tego się nie da opisać, tego trzeba spróbować.
Po prawej znana nam już zielona, miętowa herbata...

Na Djemma el-Fna spróbowaliśmy także herbaty piernikowej... znakomitej na wszelkie problemy z zatkanym nosem i zatokami - intensywny aromat korzeni pokonuje wszelkie przeszkody i próbuje wydostać się przez uszy i czubek głowy... a przynajmniej takie odniosłam wrażenie... A wygląda tak niewinnie:

Jest jeszcze jedna rzecz, której warto spróbować. Koktajle ze świeżych owoców, na bazie mleka lub soku pomarańczowego. Np. mleko, awokado i maliny... albo sok pomarańczowy, figi i gruszki... Najpiękniej podane, bo wielokolorowe i "warstwowe" zaserwowano nam w Casablance. Niestety wypad nie został uwieczniony, gdyż wszyscy przestrzegali przed wychodzeniem nocą w miasto z aparatem... Jeżeli jednak będąc w Maroku zobaczycie witrynę obwieszoną świeżymi owocami - wstąpcie koniecznie...

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails