wtorek, 21 grudnia 2010

Hiszpańska tortilla z kaczką


Danie przyjazne światu (i kucharzowi), w sam raz na treściwe śniadanie po ciężkiej nocy. Podstawą tortilli hiszpańskiej są ziemniaki (podsmażane po wcześniejszym ugotowaniu), cebula i jajka. Do tej bazy dodajemy, co nam w duszy zagra - na ten przykład rukolę, kaczkę i odrobinę fety. No i kilka kaparów...

  • 4 ziemniaki obrane i pokrojone w plastry grubości ok. pół centymetra,
  • 1 cebula pokrojona w plastry,
  • 4 łyżki oliwy,
  • 4 jajka,
  • pieczone mięso kaczki, obrane z kości i pokrojone w paseczki (kostkę),
  • garść rukoli,
  • feta pokrojona w kostkę,
  • sól i pieprz (jeżeli dodajemy kapary, trzeba uważać z solą).
Na patelni rozgrzać oliwę i na małym ogniu smażyć ziemniaki i cebulę, aż zmiękną. W misce ubić jajka, posolić i popieprzyć. Do miski z jajkami wrzucić kaczkę, rukolę i fetę, a także odsączone z oliwy ziemniaki i cebulę (i kapary). Delikatnie wymieszać, wylać na rozgrzaną patelnię. Smażyć powoli, aż się zetnie. Gdy brzegi tortilli będą odstawać, a po lekkim potrząśnięciu patelnią będzie się przesuwać, przykryć patelnię talerzem i przerzucić tortillę na talerz, obracając do góry dnem. Następnie z talerza zsunąć niedosmażoną stroną na patelnię...

I smacznego...

wtorek, 30 listopada 2010

Food & Friends


Lubię rozmawiać o jedzeniu. Oglądać programy o jedzeniu. Czytać książki i czasopisma, szperać w internecie. Pisać o jedzeniu - jak widać - też lubię, choć miewam kłopoty z systematycznością...

Gdy więc trafiłam w kiosku na czasopismo Food & Friends - nie omieszkałam kupić. Cóż za pokusa: "polska edycja jednego z najlepszych europejskich magazynów kulinarno - lifestyle'owych".
Co prawda przez dobrą chwilę zastanawiałam się, czy aby hasło "dodajemy smaku do twojego życia" jest z tych najzręczniejszych. Ale wstęp zapowiadał się nieźle - mowa w nim o przyjaźni przez Bałtyk, o wspólnej pasji gotowania. Coś, co Tygryski lubią...

W środku zaś... ciekawe zdjęcia, nie zawsze trafnie dobrane czcionki. I ta mania wyróżniania niektórych słów... Tłumaczenia, którym czasem brak lekkości... Jeżeli chodzi o przepisy, to nie odczuwałam przymusu - jak w przypadku Food & Travel - by niezwłocznie coś przygotować (odczułam za to a i owszem przymus posiadania jednego z naczyń, niestety jak na złość to konkretne nie było opisane nazwą i producentem). Wydaje mi się, że przed "F&F" jeszcze sporo pracy, ale na pewno będę im się przyglądać życzliwym okiem...

Przy okazji czytania wypłynęła kwestia "jedzenia i przyjaciół". Tak wiele moich znajomości (i kilka przyjaźni) zaczęło się od "garów". Tak wiele spotkań toczy się wokół tematów jedzeniowych.
I choć nie wszystkie spotkania były udane, nie wszystkie znajomości są kontynuowane, tak moi przyjaciele jak i jedzenie to trwały element każdego dnia.

Weźmy choćby ostatnią chętkę na wafle z masą. Chodziły za mną, i chodziły. Aż w końcu zrobiłam deser, który jako żywo może być ilustracją kulinarno - internetowej przyjaźni oraz więzi i wymiany kulturowej pomiędzy Polską a Szwecją...
Składniki:
  • wafle,
  • puszka skondensowanego słodzonego mleka kakaowego - jakoś tak nie było na nie innego pomysłu,
  • dżem z maliny moroszki,
  • tabliczka (125g) czekolady gorzkiej 70%,
  • łyżka masła
Puszkę mleka (zamkniętą) włożyć do garnka, zalać wodą - tak by przynajmniej 3/4 było zakryte i gotować na wolnym ogniu przez około 2 godziny. Przed otwarciem ostudzić. Smarować wafle na przemian: masą "kajmakową" i dżemem i układać piętrowo. Zakończyć suchym. Obciążyć deską do krojenia i wrzucić na noc do lodówki. Następnego dnia w rondelku stopić czekoladę z masłem, oblać przekładańca z wierzchu (i jeżeli wystarczy polewy po bokach). Kroić, gdy czekolada zastygnie.

Tak, zgadliście. Powyższy przepis, który nie zawiera w sobie absolutnie niczego odkrywczego, jest jedynie pretekstem do pochwalenia się i zaprezentowania na blogu prześlicznego talerzyka autorstwa LidKi z bloga Na 4 ręce. Tam właśnie widać radość jedzenia i tworzenia czegoś razem, poprzez Bałtyk...

piątek, 12 listopada 2010

Tunezyjskie ciasteczka (touagin)


Przepis pochodzi z kupionej w Empiku za bezcen (i wypatrzonej przez spostrzegawczego Księcia Małżonka) książki wydawnictwa Konemann, Tunisia Mediterranean Cuisine. Przepis prosty, efekt smaczny, a w dodatku znakomicie wpisujący się w Orzechowy tydzień Eli...

Składniki:
  • 1 cytryna,
  • 300g mielonych migdałów,
  • 95g cukru pudru,
  • 2 jajka,
  • do dekoracji: siekane niesolone pistacje, cukier puder
Zetrzeć skórkę ze sparzonej cytryny. Migdały, cukier, jajka i skórkę dokładnie wymieszać w dużej misce. Zagnieść i wyrobić gładkie ciasto. Podzielić na części i utoczyć z nich wałki, o średnicy mniej więcej 4 cm. Pociąć na równe kawałki. Przepis nakazuje w tym miejscu ozdobić rant każdego ciasteczka (z wrodzonego lenistwa pominęłam) a w środku uformować kciukiem zagłębienie (jak przy kluskach śląskich).
Blachę wykładamy papierem do pieczenia i układamy ciasteczka. pieczemy 30 minut w 135 stopniach Celsjusza. Pozwalamy im ostygnąć, a następnie obtaczamy w cukrze, a zagłębienie każdego wypełniamy siekanymi pistacjami (no tu akurat nie tyle lenistwo, co braki w zaopatrzeniu)...
Orzechowy tydzień

niedziela, 7 listopada 2010

Staropolska wyżerka


Czyli coś w rodzaju minifinału akcji Gotujemy po polsku!, której patronuje zPierwszegoTłoczenia.pl Mini, bo obejmującego li i jedynie blog niżej podpisanej :) Wczoraj gościliśmy u siebie grono zacnych gości, których tym razem postanowiłam podjąć "po naszemu". Między innymi na stole pojawiły się:
  • opiekanki z pęczaku,
  • kotleciki grzybowe,
  • litewska baba z marchwi,
  • pasta z wędzonego kurczaka,
według przepisów z książki Hanny Szymanderskiej :Kuchnia polska. Potrawy regionalne". Za każdym razem tam, gdzie przepis mówił o orzechach włoskich lub laskowych, używałam niealergizujących zamienników takich jak piniole czy bułka tarta - życie jest ciężkie :)

Nie wszystko załapało się na zdjęcia (miałam niejakie problemy z dopchaniem się do stołu).
Opiekanki z pęczaku (to te blond)
O opiekankach z kaszy pisała już Quinoamatorka z bloga Kasza Prodżekt. Ja znalazłam ciut mniej skomplikowane :)
  • 200g pęczaku,
  • jajko,
  • 2 łyżki posiekanych orzechów włoskich (piniole),
  • 20g bułki tartej,
  • smalec do smażenia,
  • sól, pieprz
Kaszę opłukać, osuszyć i ugotować. Gdy ostygnie zmielić na jak najgładszą masę. Dodać jajko i orzechy, dokładnie wymieszać i wyrobić. Doprawić solą i pieprzem. Wilgotnymi dłońmi formować kotleciki, obtaczać w bułce tartej i smażyć na rozgrzanym smalcu na złoto. Podawać koniecznie z sosami...

Kotleciki grzybowe (kuszące brunetki)
  • 100g suszonych grzybów,
  • spora cebula, posiekana,
  • 3-4 kromki bułki pszennej,
  • 2-3 łyżki śmietanki,
  • 2 jajka,
  • 2 jajka ugotowane na twardo, drobno posiekane,
  • 3-4 łyżki masła,
  • szklanka posiekanych orzechów włoskich (piniole i bułka tarta),
  • szklanka tartej bułki,
  • sól, pieprz
Grzyby namoczyć na noc. Następnego dnia ugotować, wywar odlać (może się przydać do zupy). Bułkę namoczyć w śmietance. Cebulę zeszklić na patelni na maśle. Następnie grzyby, bułkę i cebulę zmielić, dodać ugotowane jajka, orzechy, bułkę i żółtka. Białka ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę, wymieszać z masa grzybową, szybko wyrobić. Formować kotleciki, obtaczać w bułce tartej i smażyć na maśle lub oleju aż się przyrumienią.
Litewska baba z marchewki nie zrobiła furory, choć moim zdaniem ma potencjał. Ale jak stwierdził Pan Dziadek "pasztetu z marchewki nie jadłem... on jest słodki". Jest słodki, i smakuje rodzynkami i ciastem drożdżowym...
  • 500 g marchwi - obranej i startej na tarce,
  • 2 jajka,
  • 15g drożdży,
  • łyżka ciepłego mleka,
  • po 2 łyżki maki, masła i cukru,
  • sól,
  • łyżka masła,
  • 2 łyżki drobno posiekanych orzechów włoskich (piniole);
Drożdże utrzeć z łyżeczką cukru i mlekiem, zostawić na kilka minut w ciepłym miejscu. Następnie dodać do marchwi, wymieszać całość z mąką, pozostałym cukrem, solą i rozkłóconym jajkiem. Pozostawić pod przykryciem na jakiś czas. Keksówkę smarujemy masłem, wysypujemy orzechami, wypełniamy ciastem i odstawiamy na 20-30 minut. Pieczemy w nagrzanym piekarniku przez jakieś 40 minut (w przepisie jest 20-25 minut, ale moim zdaniem to zbyt krótko).

I wreszcie pasta z wędzonego kurczaka, która nie dotrwała do zdjęć. Jest przepyszna i banalna w wykonaniu.
  • 300g wędzonego kurczaka (akurat miałam pierś),
  • 200g pieczarek (w kosteczkę),
  • średnia cebula (jw),
  • pół sporego pęczka natki,
  • 2 łyżki śmietany,
  • sól i pieprz
Na patelni poddusić pieczarki i cebulę, odparować. Zmielić razem z kurczakiem, śmietaną i natką. Doprawić solą i pieprzem. I już...
Gotujemy po polsku! III edycja

czwartek, 4 listopada 2010

Staropolskie zrazy z grzybami i śmietaną


Przepis pochodzi z bardzo ciekawej książeczki W staropolskiej kuchni i przy polskim stole, będącej prawdziwą kopalnią wiedzy. Mój egzemplarz wydania z 1983 dostałam od Barby - obecnie jest solidnie zaczytany, a kilka przepisów oczekuje w kolejce.
Po przyrządzeniu otrzymujemy najlepszą potrawę jednogarnkową kuchni polskiej, jaką jadłam... serio, serio. Natomiast nikt jej raczej nie uzna za najbardziej fotogeniczną, zwłaszcza w sztucznym świetle...
Składniki:
  • polędwiczki wieprzowe (u mnie około 80dag),
  • łyżka masła i łyżka oleju do smażenia,
  • grzyby suszone,
  • woda,
  • 250 ml śmietany wymieszanej z czubatą łyżeczką mąki pszennej,
  • 1kg ziemniaków,
  • gałązka świeżego rozmarynu,
  • sporo soli i pieprzu
W misce zalać suszone grzyby (jakieś dwie garście) litrem gorącej wody. Namoczyć. Polędwiczki wieprzowe oczyścić z błon, pokroić w poprzek włókien na mniej więcej calowe kawałki, rozpłaszczyć dłonią. Posolić i popieprzyć z obu stron. W sporym garnku o grubym dnie rozgrzać olej i masło, wrzucić rozmaryn i obsmażyć kotlety z obu stron - na rumiano. Dodać namoczone i pokrojone w paseczki grzyby, zalać wodą spod grzybów (solidnie osolić). Dusić pod przykryciem 15 - 20 minut. Na wierzchu rozłożyć pokrojone w półcentymetrowe plastry obrane ziemniaki., garnkiem lekko potrząsnąć (by ułożyły się w miarę równo). Znów gotować na małym ogniu, pod przykryciem. Gdy ziemniaki będą prawie miękkie, wlać śmietanę rozkłóconą z mąką. Na 10-15 minut na mały ogień. Doprawić porządnie solą i pieprzem.

Te nie-zawijane zrazy są moją kolejną propozycją w zabawie Gotujemy po polsku!, której patronuje serwis zPierwszegoTłoczenia.pl.

Gotujemy po polsku! III edycja
________________________
W staropolskiej kuchni i przy polskim stole, Maria Lemnis, Henryk Vitry

niedziela, 31 października 2010

Mazowieckie ziemniaczane pyzy ze skwarkami


"Mazowiecka gospodyni
w wielkiej misie ciasto czyni.
Zaczyniła, rozrobiła,
z ciasta - pyzy uczyniła..."*

Wczoraj, siedząc metr od kaflowej kuchni, pod kierownictwem Mamy Królika (czyli Królika, mamy Księcia Małżonka) tworzyłam prawdziwe mazowieckie pyzy - kluski z ziemniaków gotowanych i surowych (z samych gotowanych ziemniaków robiłabym kluski śląskie; z samych surowych - kluski szare**). Dzień po degustacji nie wiem, czy wolę pyzy z wody, jeszcze krągłe i polane skwarkami (i tłuszczem) z wytopionej słoniny, czy pokrojone w paseczki i odsmażone... niezbędne będą dalsze badania porównawcze. Podejrzewam nawet, że dziesiątki testów ;)
Składniki:
  • surowe ziemniaki, obrane,
  • ziemniaki gotowane, utłuczone,
  • mąka ziemniaczana,
  • sól,
  • słonina,
Ziemniaki surowe trzemy na tarce o drobnych oczkach.
Na wiadrze kładziemy durszlak, wyłożony tetrą (lub gazą). Przelewamy masę ziemniaczaną i pozwalamy jej odcieknąć. Dobrze odciskamy, przekładamy trocinę do dużej miski, razem z gotowanymi ziemniakami. Odstały chwilę płyn delikatnie zlewamy znad skrobi, którą dodajemy do masy ziemniaczanej (płyn nie będzie nam już potrzebny). Całość solimy i wyrabiamy...
Z masy formujemy kulki - wielkości orzechów włoskich - a następnie lekko je spłaszczamy. Rzucamy na wrzącą wodę partiami, i gotujemy 7 - 10 minut od wypłynięcia. Pierwsze pyzy będą lekko "kudłate" - co nie umniejsza ich smaku... Podajemy ze skwarkami.

A jak Wam się podoba makutra? Prawda że klimatyczna?

Pyzy są moją drugą propozycją w ramach akcji Gotujemy po polsku!, której patronuje zPierwszegoTłoczenia.pl.

Gotujemy po polsku! III edycja
__________________
* jak pyza, to oczywiście książeczki Hanny Januszewskiej...
** nazewnictwo i podział rodem z Mazowsza; wariacje pyzo-pampuchowe oraz spory o kluski szare, białe i pyzy są mi znane ;)

piątek, 29 października 2010

Befsztyk tatarski z wołowiny


Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę z tego, że jeszcze nigdy w życiu nie jadłam własnoręcznego "tatarka" wołowego. Robiłam już z łososia (świeżego i wędzonego), śledzia, pieczarek... A jeszcze nigdy czegoś, co bez wątpienia znajduje się w mojej prywatnej pierwszej piątce...

Z okazji ogłoszonej przez Grumko z bloga Kuchnia Ireny i Andrzeja, III odsłony akcji Gotujemy po polsku! postanowiłam nadrobić braki w tym zakresie. W dodatku okoliczności przyrody były niewątpliwie sprzyjające - niepałający miłością do surowego mięsa Książę Małżonek opuścił mnie był na kilka posiłków - i oto przed Wami chan polskich przystawek. W towarzystwie cebulki, marynowanych prawdziwków, kaparów, korniszonów...
... i chleba z maszyny. Wprawdzie z "gotowca", ale mieszankę "Bauernbrot" z Lidla (pomimo obecności w niej kilku polepszaczy) mogę gorąco polecić tym, którzy nie mają głowy do zakwasów, przepisów, hydracji i niewyrastających drożdży... W ramach inwencji własnej można dodać pestki dyni, siemię lniane czy inne ziarenka.

Krążącą po świecie historię o Tatarach, wkładających sobie płaty solonego mięsa pod siodła, chyba należałoby włożyć między bajki, ale niewątpliwie surowe, drobno strugane mięso od setek lat opisywane było jako potrawa dodająca sił. I choć niektórzy uważają, że tatar ma źródło w kuchni francuskiej, gdzie powstał w początkach XX wieku jako steak à l'Americaine avec sauce tatare, to jednak my wiemy lepiej, czyż nie?

Ale ad rem. Wedle literatury tematu najlepszy jest z polędwicy wołowej, lub ładnego kawałka udźca namoczonego w mleku. Mama, mój osobisty autorytet w tej dziedzinie, rzuciła "zrazówka lub pierwsza krzyżowa". A ja kupiłam w zaprzyjaźnionym sklepie "wołowe na tatara", specjalnie przywiezione, po które musiałam zwlec się w dzień wolny o 8 rano (wierzcie mi, jest to problem)... Tak więc:
  • 250 g wołowego na tatar,
  • 1 jajko,
  • pieprz ziołowy, sól,
  • dodatki: korniszony, cebula, kapary, marynowane grzybki
Mięso wrzucić na 10 minut do zamrażalnika. Schłodzone drobno posiekać ostrym nożem. Albo "zestrugać" tymże. Ewentualnie zmielić w maszynce (według pewnych źródeł trzykrotnie) lub w malakserze.
Doprawić pieprzem i solą. Serwować w doborowym towarzystwie posiekanych dodatków i świeżego żółtka. Szkoła krakowska nakazuje także postawić na stole "maggi" - zadowoliłam się sosem Worcestersire...
I tym razem akcji Gotujemy po polsku! podobnie jak w latach poprzednich patronuje agregator blogów zPierwszegoTłoczenia.pl.

Gotujemy po polsku! III edycja

Tu możecie przeczytać, co o tatarze pisali do siebie Bikont z Makłowiczem.

czwartek, 14 października 2010

Lazania z cukinią, kurkami i kozim serem


To efekt ostatniego wysypu kurek oraz wcielanego w życie - powoli i z pewnymi oporami - pomysłu na mniej impulsywne planowanie jadłospisu. Mianowicie postanowiłam nie tylko gromadzić zapasy, ale i je zużywać ;) Dochodziło bowiem do tego, że uzupełniałam spiżarnię pięcioma rodzajami makaronu (żelazna racja) i nie przygotowywałam dania z makaronem przez miesiąc. W sytuacji, w której "spiżarnia" ogranicza się do torby zdjętej z wózka na zakupy, trzech drewnianych skrzyneczek na szafce w przedpokoju oraz blatów i szafek w kiepsko zaprojektowanej kuchni o powierzchni 5m2... A na żelazną rację składają się ryże, kasze, makarony, sosy, pomidory, puszki... Mam nadzieję, że też dostrzegliście problem...
Staram się więc rozsądnie planować posiłki, i wykorzystywać choć część dóbr zgromadzonych, mimo iż moje serce chomika ściska się na widok światła w lodówce, docierającego nawet do najniższych jej półek ;)
Składniki na jedno żaroodporne naczynie (6 - 8 porcji)
  • pół łubianki kurek - no przepraszam, waga mi się popsuła :)
  • 2 średnie cukinie,
  • 200 ml pulpy pomidorowej,
  • 200 ml gęstego jogurtu lub lekkiej gęstej śmietany,
  • zioła - bazylia, tymianek,
  • 9-12 płatów lasagne,
  • kozi ser (twarożek) - jakieś 50g...
  • tarty parmezan (lub inny parmezanopodobny),
Kurki oczyścić, wrzucić na suchą patelnię, doprawić solą i pieprzem, smażyć aż puszczą wodę i odparują. Zdjąć z ognia i dodać jogurt.
Pulpę pomidorową zagotować, lekko odparować i doprawić posiekanymi ziołami.
Cukinię obieraczką do warzyw pokroić wzdłuż na plastry. Jeżeli miała gruba skórkę, odrzucić te, które są całe zielone.
Na dnie formy rozprowadzić 2 -3 łyżki sosu pomidorowego, ułożyć płaty makaronu (tak by lekko na siebie zachodziły). Wyłożyć połowę kurek. Przykryć plastrami cukinii. Rozkruszyć połowę sera, zalać połową sosu pomidorowego.
Przykryć lasagne. Wyłożyć kurki, przykryć cukinią... stanowiące wierzch lasagne płaty makaronu posypać serem.
Ważne, by spodnia i wierzchnia warstwa makaronu była pełna - jeżeli tak jak ja wykorzystywać będziecie resztki napoczętego pudełka, możecie zredukować ilość płatów ciasta w warstwie środkowej.

Zapiekać do zrumienienia w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
Viva la pasta!

wtorek, 5 października 2010

Bakłażany z szalotkami i bazylią w czerwonym winie

Jeszcze dwa lata temu, podczas wędrówek po chińskim targu warzywnym, wzdychałam z żalem patrząc na kilka rodzajów bakłażana, ułożonych na każdym jednym straganie. Tego lata zaobserwowałam, że coś drgnęło... u "pań" po drodze z przystanku pojawiły się - obok tradycyjnych "gruszek miłości" - także małe, okrągłe bakłażany - fioletowe i .... żółte. Przepiękne - aż szkoda, że w duszeniu tracą swe kolory...
Miałam ochotę na coś specjalnego, coś godnego elegancji tych barw. I padło na potrawę, która może nie jest równie godna "wizualnie", ale smakowo... Przepis znalazłam w "The Olive and the Caper" Susanny Hoffman. Tylko niech Was nie kusi zmniejszyć ilość oliwy - jest niezbędna do duszenia.
  • szklanka oliwy,
  • 2 średnie bakłażany, pokrojone w mniej więcej dwu centymetrową kostkę,
  • 12 średnich szalotek (350g), w całości lub co najwyżej przekrojonych na pół,
  • 6-8 ząbków czosnku - obranych, w większych kawałkach,
  • 4 średnie pomidory, z grubsza posiekane,
  • 3/4 szklanki wytrawnego czerwonego wina,
  • liść laurowy,
  • łyżeczka soli (troszkę zbyt dużo),
  • 1/2 łyżeczki świeżo zmielonego czarnego pieprzu,
  • 1/4 szklanki posiekanych liści bazylii (i kilka całych do przybrania)
W garnku o grubym dnie rozgrzać oliwę, dodać bakłażana, szalotki i czosnek i smażyć mieszając, aż bakłażan zacznie się "puszczać" - jakieś 10 do 12 minut. Dodać pomidory, wino, liść laurowy, sól i pieprz. Gotować na małym ogniu, bez mieszania, aż oliwa wypłynie na wierzch, a bakłażan będzie miękki i zacznie przywierać do dna (ale niech się nie spali) - jakieś 45, 50 minut. Zdjąć z ognia i ostawić na 10 minut. Dodać posiekane liście bazylii,wymieszać i podawać - ciepłe lub w temperaturze pokojowej, udekorowane liśćmi bazylii.

niedziela, 3 października 2010

Carpaccio z prawdziwków


Danie wypatrzone "W kuchni u Kręglickich"* po ostatnim grzybobraniu nareszcie mogłam wypróbować. Wprawdzie nie budzi już kolorystycznych skojarzeń z obrazami Vittore Carpaccio, skojarzeń, które spowodowały że Giuseppe Cipriani, podczas wielkiej wystawy dzieł tegoż artysty w Wenecji, nazwał na jego cześć stworzone przez siebie - dla hrabiny Amalii Nani Mocenigo - nowe danie z surowego mięsa, ale tak się już przyjęło, że cienkie plasterki surowizny to carpaccio.

Musicie mieć świeże, zdrowe i jędrne prawdziwki (miałam dwa średnie kapelusze, ogonki poszły się suszyć) i pokroić je w cieniutkie plasterki. Ułożyć na talerzu razem z rukolą, posypać parmezanem (lub serem tego typu, u mnie dobrze obsuszony grana padano) i skropić oliwą. Przed jedzeniem oprószyć solą i pieprzem - jezeli posolicie całość zbyt wcześnie, sól "wyżre otworki" w grzybach. Jeżeli użyjecie do tego czarnej soli, grzyby będą wyglądały jak robaczywe - uwierzcie, wiem co mówię :)

Smacznego.

_________________
* Wydawnictwo Znak, Warszawa 2008

sobota, 11 września 2010

Zupa grzybowo-ciecierzycowa


Czytając wpis na blogu Zieleniny, pomyślałam sobie "phi, co ty wiesz o brzydkich grzybowych". Moja ciecierzycowo - grzybowa zupa, choć pyszna, jest jednakże wyjątkowo mało fotogeniczna. Inspiracją do jej przygotowania była pikantna zupa z kurczaka i grzybów z "Encyklopedii zup" Bellony. Ale nie chciało mi się iść do sklepu po niezbędne składniki...

  • 2 łyżki oliwy,
  • 2-3 średnie szalotki, posiekane,
  • 3-4 ząbki czosnku, posiekane
  • łyżeczka garam masala,
  • łyżeczka czarnego pieprzu,
  • trochę świeżo startej gałki muszkatołowej,
  • 400g puszka ciecierzycy (waga odcieku 240g),
  • szklanka leśnych grzybów - cienko pokrojonych w paseczki,
  • szklanka wody (lub bulionu),
  • 2-3 łyżki śmietany,
W garnku o grubym dnie rozgrzać olej. Dodać czosnek, cebulę i przyprawy, przesmażyć do zeszklenia. Dodać grzyby i ciecierzycę, dusić jakieś 10 - 15 minut (aż woda z grzybów odparuje). Zalać wodą, gotować 5 minut. Odlać 1/4 zupy, resztę zmiksować. Części połączyć, zaprawić śmietaną i posolić do smaku.
Brzydkie, ale dobre!

Zaproszona zostałam przez Thiessę, Quinoamatorkę i Zieleninę do zabawy w "lubię".

Zasady są następujące (kopiuję za Quinoa..., która kopiuje za Wegetarianką):
1. Napisz, kto przyznał Ci tę nagrodę.
2. Wymień 10 rzeczy, które lubisz.
3. Przyznaj tę nagrodę 10 innym blogerom i poinformuj ich komentarzem.


Co lubię - miedzy innymi, i w kolejności dość przypadkowej?
1. Miłe pobudki - mruczące lub pachnące świeżo upieczonym chlebem. Miłe i późne pobudki.
2. Opowieści o wojownikach, smokach i czarodziejach - bo pozwalają na chwilę przenieść się w inne rzeczywistości.
3. Podróże - rzeczywiste, kulinarne i te w wyobraźni, nad dobrą książką.
4. Gorącą słodką herbatę.
5. Moją nową maszynę do chleba.
6. Wodę - oceany, morza, rzeki, jeziora.
7. Zapach świeżo zebranych grzybów.
8. Rozmowy z Panem Dziadkiem.
9. Filmy z Seanem Connerym.
10. Piosenki Roda McKuena.

I teraz się jak zwykle wyłamię - blogi, które miałam na myśli, już dawno w zabawie udział wzięły. Poza tym, bardzo lubię zrywać "łańcuszki" ;)


piątek, 3 września 2010

Tybetańskie pierożki Momo z wołowiną


Przepis, znaleziony na stronie hot sour salty sweet.com pochodzi z książki Beyond the Great Wall: Recipes and Travels in the Other China autorstwa Naomi Duguid i Jeffrey'a Alforda. Nieopatrznie powiedziałam w domu głośnio "przepis na tybetańskie pierożki" i Książę Małżonek, zafascynowany Tybetem i zawsze gotów zjeść dobre pierożki, zaczął patrzeć "kotem ze Shreka"...
Czytałam niedawno bardzo sympatyczną książkę Zagubiony w Chinach: Prawdziwa historia człowieka, który próbował zrozumieć Państwo Środka czyli jak zjeść żywego kalmara*. Polecam ją zwłaszcza tym, którzy w Chinach byli, i chcą z uśmiechem na twarzy przypomnieć sobie pewne absurdy i klimaty. Ja co chwile wybuchałam śmiechem, i czytałam urywki Księciu Małżonkowi, kończąc "a pamiętasz...". Autor opisuje także swój krótki pobyt w Tybecie, i zaskoczenie, że dość powszechnie jada się tam mięso - jaka. Po czym stwierdza, że widocznie na tych wysokościach nie można sobie pozwolić na rezygnację z białka zwierzęcego... Ten fragment przypomniał mi się podczas lepienia momosów(czy też, jak je w domu nazwaliśmy, momsów), które najczęściej na naszych wysokościach n.p.m. widuje się w wersji wegetariańskiej...

Składniki ciasta:
  • 4 szklanki mąki pszennej (i trochę do podsypywania),
  • 2 szklanki letniej wody,
  • 1/2 łyżeczki soli,
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej.
Mąkę, sól i sodę wymieszać w misce. Dodać wodę, zagnieść ciasto (dość lepkie). Przenieść na lekko omączony blat i wyrobić, aż stanie się gładkie i elastyczne. Odstawić owinięte folią na dwadzieścia minut do pół godziny.

Składniki nadzienia:
  • pół kilo chudej wołowiny lub jagnięciny (użyłam udźca wołowego),
  • 6 dymek (szklanka posiekanej),
  • 1/4 szklanki liści selera (lub zastępczo kolendry),
  • 2 łyżki startego imbiru,
  • 1/2 łyżeczki pasty chilli, lub dwie suszone papryczki,
  • 2 łyżeczki soli
Wołowinę oczyścić z błonek i tłuszczu. Pokroić na 3 - 4 kawałki, wrzucić do torebki i przemrozi 10-15 minut. Do blendera włożyć mięso i cebulki. Zmiksować krótkimi seriami - pulsacyjnie. Dodać resztę nadzienia, raz jeszcze krótko zmiksować. Przełożyć do miski, i krótko schłodzić - będzie łatwiejsze w nakładaniu.

Zapach tego nadzienie sprawił, że zamarzył mi się tatar... tatar z dymką, chilli i imbirem...

Bambusowe koszyczki do gotowania na parze należy lekko przesmarować wewnątrz olejem.
Ciasto podzielić na trzy części. Dwie zostawić pod przykryciem, a tę pierwszą podzielić na 8 równych części, z których każdą rozwałkować na placek o mniej więcej dziesięciocentymetrowej średnicy (podsypywanie mąką może być konieczne). Na środku każdego placuszka układać łyżkę nadzienia, zlepić sakiewkę. Układać zlepieniem do góry w koszyczkach (zostawiając każdemu pierożkowi trochę miejsca, iż urośnie). Gotować na parze jakieś 15 minut. Przerobić resztę ciasta i nadzienia...

Autorzy zasugerowali dwa sosy:

pomidorowo-imbirowy chutney
2 łyżki oleju z orzeszków ziemnych,
1/4 łyżeczki kuminu,
1/2 szklanki drobno posiekanej (lub startej) cebuli,
2 łyżki imbiru,
łyżeczka soli,
1/4 kg pomidorów (obranych ze skórki),
pół szklanki posiekanej kolendry.

W garnku o grubym dnie rozgrzać olej, wsypać nasiona kminu rzymskiego, podprażyć jakieś 20 sekund. Dodać cebulę, imbir i pół łyżeczki soli. Poddusić mieszając, aż cebula się zeszkli. Dodać pomidory pokrojone w cząstki, przesmaży minutę aż puszczą sok, zredukować płomień i dusić pod przykryciem około 10 minut. Po tym czasie zdjąć przykrywkę i odparować jeszcze trochę. Doprawić resztą soli - jeżeli będzie taka potrzeba. Tuż przed podaniem dodać posiekaną kolendrę.
sos sojowo - imbirowy
1/2 szklanki sosu sojowego,
1/4 szklanki ciemnego octu (lub octu ryżowego),
2 łyżki imbiru pokrojonego w drobne paseczki

Wszystko razem wymieszać.

Pierożki trzeba jeść ostrożnie - ze środka, podobnie jak z kołdunów, może wypłynąć gorący "rosół". Odgrzewane nie są tak dobre, ale dają radę ;)

_________
* Maarten J. Troost, Wydawnictwo Dolnośląskie 2010

niedziela, 22 sierpnia 2010

Bakłażany w stylu syczuańskim

Z dedykacją dla Księcia Małżonka i Szympansa.

Wymiana książek z Quinoamatorką okazała się być bardzo inspirująca... w jednej z pożyczonych pozycji - Seductions of rice, autorstwa Naomi Duguid i Jeffrey'a Alforda, pary podróżników, którą możecie bliżej poznać dzięki blogowi hot sour salty sweet.com lub stronie immersettrough - wypatrzyłam przepis na ciekawe bakłażany. Jednakże z uwagi na brak w domu pasty z prażonego sezamu (coś jak tahini, tylko chińskie :) sięgnęłam w końcu po przepis z wielokrotnie wypróbowanej The Food of China: A Journey for Food Lovers. Proszę Państwa, bakłażany przygotowywane na parze zachwycają smakiem i aromatem. W połączeniu z sosem rozpływają się w ustach... Może nie zachwycają na zdjęciu, ale naprawdę - warto. Po stokroć warto...
Składniki:
  • 500g bakłażanów - najlepiej podłużnych, chińskich, ale ja robiłam ze zwykłych,
  • 3 łyżki jasnego sosu sojowego,
  • 1 łyżka wina ryżowego Shaoxing,
  • 1 łyżka oleju z prażonego sezamu,
  • 2 łyżeczki octu ryżowego,
  • 1 łyżeczka cukru,
  • 1 dymka, drobno posiekana,
  • 2 ząbki czosnku, drobno posiekane,
  • 1 łyżeczka pasty z czarnej fasoli z chilli (toban jiang)

Przygotowanie:
Bakłażany obrać ze skóry, przekroić wzdłuż na pół. Ułożyć w jednej warstwie na sitach do gotowania na parze, postawić piętrowo nad garnkiem z wrzącą wodą... Parować około 20 minut (albo do miękkości) - jeżeli sitek jest sporo, od czasu do czasu dobrze jest je przełożyć. Po ugotowaniu ostudzić i pokroić na paski o grubości centymetra.
Pozostałe składniki wymieszać w zamkniętym słoiczku (pełniącym rolę shakera), powstałym sosem zalać bakłażany.




poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Placuszki jagodowe

Pomysł na placuszki z jagodami zawdzięczam Olcik z Waniliowej chmurki. Tak zachwalała - że pyszne, że proste i że na lato - aż zrobiłam. I doszłam do wniosku, że choć przepis ma wady, to także potencjał, a w dodatku dziwnie przypomina receptury na muffinki - a więc może można pokombinować? Następnego dnia przerobiłam go "po mojemu" (choćby usuwając sodę - zbyt wyczuwalny był smak "chemii") i puściłam w świat...

  • 1 ¼ szklanki mąki
  • 1/3 szklanki cukru
  • 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
  • ewentualnie: trochę pokruszonych migdałów, albo startych orzechów… można dodać 1-2 łyżeczki cynamonu… albo przyprawy do piernika (tylko takiej prawdziwej, a nie cukru z odrobiną aromatów);
Suche składniki wymieszać w sporej misce. W drugiej misce wymieszać:
  • 1 jajko
  • od ¾ do 1 szklanki: mleka, jogurtu, maślanki (rzadszego mniej, gęstszego więcej) albo mieszanki ww.
  • 2-3 łyżki stopionego masła lub oleju (ostatnio zrobiłam na bazie marokańskiego amlou - mieszaniny migdałów, miodu i oleju arganowego)
Zalać mokrymi składnikami suche, wymieszać do połączenia. Dodać jagody – nawet do pół słoika.
Na rozgrzanej, nasmarowanej olejem patelni smażyć placuszki (1 czubata łyżka masy na 1 placuszek) na małym ogniu (żeby się nie przypaliły, a usmażyły w środku) z obu stron.

sobota, 14 sierpnia 2010

Minione podróże a upały


Podróżować jest fajnie. Strasznie lubimy oglądać nowe miejsca, innych ludzi, poznawać nowe smaki. A później wracać pamięcią do tego, co najlepsze...
W pewne popołudnie, zmęczona sprzątaniem, połączyłam w jedno "zdobycze" dwóch naszych zeszłorocznych wypadów - zaparzyłam miętową, marokańską herbatę. Na bazie pierwszorzędnej, chińskiej zielonej herbaty (import własny, z herbacianego sklepiku przy ulubionym chińskim supermarkecie) i świeżo zerwanych listków mięty. Orzeźwienie w sam raz na gorące dni.
  • zielona herbata,
  • świeża mięta,
  • prawie wrząca woda
  • cukier (opcjonalnie)
Do czajniczka wsypać herbatę (dwie łyżeczki); zalać szklanką prawie wrzącej wody, przepłukać, wylać wodę. Zalać ponownie, dodać liście mięty. Pozwolić by naciągnęła. Jeżeli będziemy herbatę lać do szklaneczek z wysoka, może uzyskamy cenioną w Maroku "piankę"... Słodzimy według uznania.

Swoją drogą to zabawne. Przez dwa tygodnie poszukiwaliśmy w Maroku jakichś pasujących nam szklanek... prostych, ale nie topornych. I kilka dni temu, w Warszawie zdobyliśmy 4 takie - kryształowe, z przeszłością. Idealne - choć do przeszlifowania ;)

Oprócz wody (dużych ilości wody... potwornych ilości wody) i alkoholi, po które czasem trzeba się było przespacerować, ale cóż - Książę Małżonek ma niewątpliwy problem alkoholowy - jest namiętnym kolekcjonerem ;) - często stawiano przed nami w Maroku mniej więcej takie szklaneczki:


Na pierwszym zdjęciu od lewej - kawa nos-nos. Jak na osobę nie pijąca kawy przystało, pijałam ją w każdej możliwej kawiarni ;) i codziennie.
W środku - świeżo wyciskany sok z pomarańczy... tego się nie da opisać, tego trzeba spróbować.
Po prawej znana nam już zielona, miętowa herbata...

Na Djemma el-Fna spróbowaliśmy także herbaty piernikowej... znakomitej na wszelkie problemy z zatkanym nosem i zatokami - intensywny aromat korzeni pokonuje wszelkie przeszkody i próbuje wydostać się przez uszy i czubek głowy... a przynajmniej takie odniosłam wrażenie... A wygląda tak niewinnie:

Jest jeszcze jedna rzecz, której warto spróbować. Koktajle ze świeżych owoców, na bazie mleka lub soku pomarańczowego. Np. mleko, awokado i maliny... albo sok pomarańczowy, figi i gruszki... Najpiękniej podane, bo wielokolorowe i "warstwowe" zaserwowano nam w Casablance. Niestety wypad nie został uwieczniony, gdyż wszyscy przestrzegali przed wychodzeniem nocą w miasto z aparatem... Jeżeli jednak będąc w Maroku zobaczycie witrynę obwieszoną świeżymi owocami - wstąpcie koniecznie...

sobota, 31 lipca 2010

Kalmary po grecku

Nie wiem jak Wy, ale ja stanowczo nie przepadam za upałami w mieście. Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że w ogóle nie przepadam za upałami... Miłe 23- 25 stopni, z lekkim wiaterkiem - bardzo chętnie. Ale do przeżycia wyższych temperatur potrzebna jest mi woda. Im większa, tym lepsza. I urlop. Spędzany w kraju, gdzie dobrze karmią.


Przepis pochodzi z książki The Olive and the caper. Adventures in Greek Cooking Susanny Hoffman. Moim zdaniem kalmary wychodzą o niebo lepsze, niż z przepisu Nigelli... A jeżeli zostanie nam panierka, i dodamy do niej jajko i wodę, to możemy obtoczyć cukinię.... lub fasolkę szparagową...
  • 500g kalmarów w krążkach - rozmrożonych, opłukanych i osuszonych,
  • 2 szklanki mąki,
  • 2 szklanki posiekanej natki pietruszki,
  • drobno starta skórka z 2-3 cytryn,
  • łyżeczka soli,
  • łyżeczka papryki ostrej,
  • olej do smażenia,
  • cytryny do podania
  • 1 cukinia - pokrojona w centymetrowe plastry, blanszowane przez 2-3 minuty,
  • fasolka szparagowa
  • 1 jajko
  • 1/3 szklanki wody
Mąkę wymieszać z pietruszką, skórką cytryny, solą i papryką w sporej misce. Obtoczyć kalmary.
W garnku o grubym dnie wlać - na głębokość 1-1,5 cm olej. Rozgrzać. Smażyć kalmary partiami, po 30 sekund z każdej strony... Usmażone przekładać na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem, dla odsączenia.

Do reszty panierki wbić jajko i dodać wody - do utworzenia ciasta o konsystencji śmietany. Obtaczać cukinię i fasolkę, smażyć partiami.

Podawać z ćwiartkami cytryny i ulubionymi sosami.

wtorek, 27 lipca 2010

Jagody i pieprz syczuański


Pieprz syczuański nie tylko nie jest pieprzem, ale w dodatku nie oznacza produktu z jednej, konkretnej rośliny. Przyprawa ta uzyskiwana jest poprzez wysuszenie owoców kilku - blisko ze sobą spokrewnionych - odmian jesionu kolczastego (żółtodrzewu). Występuje w kuchniach Azji - chińskiej, japońskiej, koreańskiej, nepalskiej, tybetańskiej...

Nie tak ostry jak czarny pieprz, za to lekko cytrynowy i ... musujący, jest jedną z moich ulubionych przypraw. Podawałam już przepis na jajko na miękko z jego dodatkiem (o ile pomysł na posypanie jajka na miękko można nazwać "przepisem" ;), a także na indyczą terrine.

Dziś przepis, który krążył mi po głowie od dłuższego czasu, i który wreszcie został zrealizowany.
Składniki:
około 1,2 - 1,4 litra czarnych jagód (dla przyjaciół z południa - borówek),
1/3 szklanki cukru,
4 łyżeczki podprażonego na patelni i ugniecionego w moździerzu pieprzu syczuańskiego.

Jagody i cukier wsypać do rondelka o grubym dnie. Gotować, aż puszczą sok, cukier się rozpuści i zaczną gęstnieć. Dodać pieprz. Pogotować do uzyskania żądanej konsystencji (pamiętając, że całość po ostudzeniu zgęstnieje) i gorące przekładać do wyparzonych w piekarniku, w 100 stopniach Celsjusza, słoików.

Bardzo niecodzienny smak... ja przepadłam...

Jagodowo nam II

niedziela, 18 lipca 2010

Krokiety z kaszą gryczaną i kurkami

W pewną letnią, pracującą sobotę, popołudniu, zmęczona rozgrzanym upałem Szczecinem, wybrałam się na obiad do Lasku Arkońskiego. I tam, zupełnie przypadkiem, dokonałam odkrycia które pozwoliło mi na rozwiązanie problemu "nieregularnego" farszu z kurek. Otóż do kurek i ciasta znakomicie pasuje kasza gryczana...

Tym razem nie miałam już siły na zagniatanie pierogów... usmażyłam więc naleśniki (udało mi się przy tym, u Hanny Szymanderskiej*, znaleźć bardzo skuteczny przepis na najzwyklejsze - choć puchate).
  • 2 jajka,
  • 1 3/4 szklanki mąki,
  • szklanka wody,
  • szklanka mleka,
  • łyżka oleju,
  • sól
W misce wymieszać mąkę z solą. W drugim naczyniu - mleko, olej, wodę i jajka. Wszystko razem dokładnie rozbić trzepaczką, żeby nie było grudek. Odstawić do lodówki na przynajmniej 30 minut. Smażyć na rozgrzanej patelni - z pierwszej strony, dopóki nie zaczną same odstawać od patelni, z drugiej dosłownie kilka sekund.
Farsz:
  • kasza gryczana ugotowana na sypko,
  • podsmażone z tymiankiem i drobno posiekaną cebulką kurki,
  • pęczek koperku
Farsz układać na bledszej stronie naleśników... Odsmażyć na patelni, podawać z kwaśną śmietaną. Na zdjęciu jak najbardziej jadalne przybranie z kwiatów mięty - chwila nieuwagi i zakwitła :)

________________
*Naleśniki, pierogi, krokiety; Hanna Szymanderska, Prószyński i S-ka, Biblioteczka Poradnika Domowego

piątek, 16 lipca 2010

Pierogi z kurkami


Są takie dni, a w zasadzie wieczory, kiedy umysł potrzebuje resetu. Ostatnio okazało się, że całkiem nieźle działa połączenie lepienia pierogów ze "Szklaną pułapką" oglądaną w telewizji. A że, z uwagi na dość regularne dostawy kurek szukałam pomysłu na ich wykorzystanie... poniżej odsłona pierwsza projektu "farsz"...

Ciasto:
pół kilo mąki,
1 jajko
szklanka wody

Składniki zagnieść, wyrobić; pozwolić ciastu odpocząć - jakieś 30 minut pod przykryciem, żeby nie obeschło. Łatwo się wyrabia, wałkuje i skleja, a po ugotowaniu przypomina w smaku trochę ravioli...

Farsz:
kurki obsmażone z drobno posiekanym porem, pokrojone na kawałki
ser żółty starty na drobnej tarce;
jakieś świeże zioła - natka, kolendra, tymianek...

Podałam posypane kolendrą i polane sosem śmietanowo-czosnkowym (z pieczonego czosnku).
Sera musi powinno być sporo, inaczej tak jak u mnie, z racji kształtu kurek, pierogi nie będą równomiernie wypełnione.

niedziela, 11 lipca 2010

Kaczka z czereśniami i miętą


Gdy w drugiej połowie czerwca wpadłam na pomysł połączenia czereśni z miętą, nie wiedziałam jeszcze, że ta kombinacja to nowa czerń sezonu lato 2010. Dwa tygodnie później, w lipowym numerze miesięcznika Kuchnia zachwalał je Jamie Oliver. Przepis na czereśniowo- miętową kaczkę można znaleźć w Zielniku Sophie Grigson...

Mój sos jest tak prosty, że nie wiem czy w ogóle zasługuje na miano sosu. Ale prostota nie przeszkadza mu w byciu uniwersalnym - możecie polać nim Pavlovą, zapakować go w naleśniki, lub zaserwować z kaczką...


Piersi kaczki - ze skórą - umyć. Skórę ponacinać po skosie, w karo. Oprószyć solą (tylko od strony skóry) i pieprzem (z obu stron). Na rozgrzanej patelni, bez tłuszczu, położyć mięso skóra w dół. Smażyć około 10 minut, przewrócić i smażyć 5 minut. Odłożyć pod przykryciem, żeby nie wystygła. Na patelni, na tłuszczu podsmażyć pokrojone w kawałki, lekko podgotowane ziemniaki.

Wydrylować kilogram ciemnych czereśni, przekroić na pół. Pokroić w paseczki sporą garść listków mięty.W rondelku o grubym dnie rozgrzać łyżkę miodu. Dodać czereśnie i połowę mięty. Krótko poddusić, tak by czereśnie puściły trochę soku, ale nie zmiękły za bardzo.

Kaczkę pokroić w ukośne plastry. Na talerzu polać sosem, posypać resztą mięty.

piątek, 2 lipca 2010

Polskie Piwa zwłaszcza Regionalne i niekoniecznie powszechnie dostępne


Dziś zrobiliśmy sobie z Księciem Małżonkiem małą degustację, w zasadzie degustacyjkę, piw ciemnych. Z małego sklepiku z napojami, znajdującego się niecały przystanek od domu, KM dumny i blady przyniósł 5 butelek.

Popijaliśmy sobie piwa, a na małym stoliku, obok butelek i mojego kufelka (poj. 0,2 l, Królewskie 2003) leżał lipcowy numer miesięcznika Kuchnia, otwarty na "Ocenie subiektywnej"*, opisującej - po raz drugi - polskie piwa, i po raz pierwszy sklepik na ul. Pejzażowej w Warszawie, gdzie "...jest do dyspozycji klienta 250 etykiet - w 90% od polskich producentów..."

- Coś pięknego. 225 polskich piw - rozmarzył się Książę Małżonek. I nagle oko mu błysnęło, nozdrza się rozdęły, nad głową wyskoczyła żaróweczka... - A może byśmy tak zdegustowali wszystkie? Tylko trzeba by odklejać etykiety, albo robić zdjęcia, żeby nam się nie pomyliło...

I tak, proszę Państwa, narodził się, nienazwany wtedy Projekt Polskie Piwa zwłaszcza Regionalne, a tym bardziej Trudno Dostępne - w skrócie PPR.
Którego wynikami chętnie się z Wami będę dzielić. Bo skoro chcemy degustować, i chcemy pamiętać co, kiedy piliśmy, a w dodatku jak nam smakowało... Czyż jest coś, co do takiego pomysłu pasuje lepiej niż Orzeszki? ;)

________________
* Książę Małżonek nie tylko lubi jeść, i pić, ale lubi też o piciu i jedzeniu rozmawiać i czytać; napiszę Wam kiedyś o jego kolekcji miniaturek...

niedziela, 6 czerwca 2010

Coś się kończy, coś się zaczyna


Przodek Księcia Małżonka (którego ludzie zapewne nazwaliby zgodnie z prawdą, ale chyba mniej sympatycznie, moim Świekrem) wie co tygryski - a w tym przypadku Pinosy - lubią najbardziej. Na pierwsze wieści, roznoszące się po okolicy lotem gołębia pocztowego, wsiadł na rower i pojechał na objazd Bardzo Tajnych Miejsc (z których, w ramach wyjątkowego wyróżnienia, dane mi było poznać kilka).

Łzy za odchodzącymi szparagami obeschły mi natychmiast. Panie, Panowie - można ogłosić otwarcie sezonu grzybowego 2010...

Do przygotowania bardzo prostego obiadu potrzebne nam będą:
  • pęczek zielonych szparagów,
  • pierś z kurczaka - zamarynowana w mieszance octu winnego, musztardy i miodu,
  • garść kurek,
  • mieszane świeże zioła (tymianek cytrynowy, tajska bazylia, kocanka włoska),
  • 4 łyżki jogurtu (lekkiej śmietany),
  • łyżka octu balsamicznego,
  • łyżka słodkiego sosu sojowego
Pierś z kurczaka i szparagi grillujemy (lub smażymy).
Na patelni podsmażamy na odrobinie oliwy kurki - oprószone pieprzem i solą, wymieszane z posiekanymi ziołami - aż puszczą wodę, zmiękną i odparują.
Jogurt (śmietanę) mieszamy z octem i sosem sojowym. Dodajemy posiekaną bazylię i kocankę włoską (helichrysum italicum, nieśmiertelnik włoski, zioło zwane także w krajach anglosaskich curry plant).
Na szparagach układamy pokrojoną pierś z kurczaka, posypujemy kurkami i polewamy sosem...

Po obiedzie oddajemy się poszukiwaniom kolejnych przepisów na kurki...

poniedziałek, 31 maja 2010

Tarta botwinkowa Pinos ;) z młodą kapustą


Jest to chyba jedyna potrawa, którą w Internecie można napotkać z moim pseudonimem jako częścią jej nazwy... I jest to dla mnie od paru lat powód do nieustającej radości.

Przepis narodził się prawie pięć lat temu z ojca przypadku i matki ubogo zaopatrzonej lodówki. Wybieraliśmy się wtedy z księciem małżonkiem na zbiorową imprezę, a tarta stanowiła nowo odkryty szczyt moich możliwości kulinarnych.
W oryginalnym brzmieniu można go znaleźć na forum Galeria Potraw, podobnie jak liczne wariacje na temat. Przepiękna wyszła Anoushce...

U mnie tym razem, z racji chwilowych braków zaopatrzeniowych (szpinak świeży wyszedł, a używanie mrożonego mi się jakoś nie uśmiechało), wariacja z młodą kapustą. Jak dla mnie - pyszna, choć Książę Małżonek trochę marudził, że nie poprawia się ideału :)

Ciasto - według przepisu z małej książeczki Konemanna "Tarty i inne wypieki"*
  • 100g masła o temperaturze pokojowej
  • 200g mąki,
  • 1 jajko,
  • szczypta soli,
  • 2-3 łyżeczki wody,
  • 2 łyżki mielonych migdałów
Masło należy rozetrzeć z mąką, migdałami i solą, dodać jajko rozrobione z wodą. Szybko zagnieść ciasto - najlepiej nożem, jeszcze szybciej rękoma uformować kulę. Schłodzić w lodówce przez minimum 30 minut. Do nie dawna jeszcze dzieliłam to ciasto na dwie części, ale tym razem nie miałam sił na pieczenie dwóch tart. Ciasto rozwałkować, wyłożyć nim nasmarowaną masłem formę. Ponakłuwać widelcem i ponownie schłodzić. Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni jakieś 20 minut.

Masa:
  • pęczek botwiny z kilkoma buraczkami,
  • 3/4 niedużej główki młodej kapusty - cienko poszatkowanej,
  • 3-4 ząbki czosnku,
  • 3-4 łyżki śmietany 12%,
  • 15 dag żółtego sera,
  • 1 jajko;
Na maśle (oliwie, oleju) podsmażyć drobno pokrojone buraczki. Gdy zmiękną, dodać poszatkowane liście botwiny i kapustę, oraz pokrojony drobno czosnek.
Tym razem przyprawiłam chińską przyprawą 13 aromatów (chyba nigdy nie dowiem się, co to za aromaty, bo wersja angielskojęzyczna wymienia tylko 7 z nich). Jeżeli akurat nie mamy jej pod ręką, to można na suchej patelni uprażyć kumin (łyżeczkę) i suszoną papryczkę chilli. Utłuc w moździerzu. Warzywa doprawić solą i pieprzem, wsypać kumin z chilli. Smażyć aż całość zmięknie. Gdy lekko przestygnie, dodać śmietanę, jajko i drobno starty żółty ser. Wymieszać.
Wyłożyć na upieczony spód. Zapiekać do uzyskania rumieńca.
Dobra i na ciepło, i na zimno...
_______
* słynna seria Le Cordon Bleu ;)

czwartek, 27 maja 2010

Krem z cukinii


Gęsta, aromatyczna zupa cukiniowa z dodatkiem suszonych pomidorów i wyraźną nutą tymianku "chodziła" za mną, od kiedy spróbowałam jej w Absyncie. I dziś, w przerwie miedzy jedną ustawą a drugą, zdałam się na pamięć kubeczków smakowych. I trzeba skubaniutkim przyznać, że mają ją bardzo dobrą ...
  • 3-4 łyżki oliwy,
  • 3/4 kg małych cukinii (Książę Małżonek kupił bardzo sypmatyczne w Lidlu), pokrojonych ze skórką na spore kawałki,
  • 1 średnia cebula - z grubsza w plasterki,
  • 3-4 ząbki czosnku - na plasterki ;)
  • 1,5l wywaru - może być wołowy,
  • świeże zioła: kilka gałązek majeranku (musiałam uszczknąć bo poszedł w długość), tymianku cytrynowego, bazylii (miała zamiar zakwitnąć), jedna gałązka rozmarynu,
  • suszone pomidory (w oliwie) do dekoracji;
W sporym garnku o grubym dnie rozgrzać oliwę. Wsypać cukinie, obsmażyć na lekko złoto. Dodać cebulę, a gdy zacznie robić się szklista - czosnek i połowę ziół. Chwilę smażyć (cebula może się zarumienić). Zalać wywarem, zagotować i gotować jakieś 10-15 minut. Pod koniec wrzucić resztę ziół. Zmiksować.
Pomidory (1 na porcję) posiekać. Przelać zupę do misek, udekorować pomidorami.

Sprzyja nauce ;)

czwartek, 20 maja 2010

Zupa szparagowo - migdałowa


Od dwóch tygodni jadamy szparagi co drugi dzień. Jako samodzielny posiłek, jako dodatek... Najczęściej zielone, upieczone i polane oliwą.
Któregoś dnia przyszłam z pracy zupełnie wykończona. I z całego tego wykończenia zrobiłam dwudaniowy obiad (co się u nas w zasadzie nigdy nie zdarza...) Gwoździem programu była zupa z białych szparagów (na wywarze z końcówek zielonych).
  • pęczek białych szparagów - obranych i z odłamanymi końcówkami,
  • 3 ząbki czosnku (nieduże),
  • 0,5 litra bulionu - warzywnego lub z kurczaka,
  • litr wody,
  • łyżeczka cukru,
  • 2 łyżki masła (lub oliwy),
  • 100g mielonych migdałów (najlepiej zmielić blanszowane, zupa nie straci koloru),
  • sól i pieprz do smaku
Białe szparagi, z odłamanymi uprzednio końcówkami, obieramy (po umyciu oczywiście, chyba że jesteśmy amatorami piasku w zębach). Obierki, końcówki białych i ewentualnie końcówki z zielonych (jeżeli akurat robimy coś z większej ilości szparagów) wrzucamy do garnka, zalewamy wodą, słodzimy i gotujemy. Jakieś 20-30 minut. Przecedzamy przez sitko zachowując wywar. Obrane szparagi kroimy na 2-3 centymetrowe kawałki. Główki odkładamy na bok. W garnku o grubym dnie (i pojemności przynajmniej 2 litry) na maśle (oliwie) podsmażamy kawałki szparagów (bez główek) jakieś 5 minut. Pod koniec dodajemy pokrojone w plasterki ząbki czosnku i zmielone migdały. Zalewamy bulionem i wywarem ze szparagów, gotujemy około 15 minut, mieszając bo migdały lubią przywrzeć. Miksujemy, dodajemy główki i gotujemy jeszcze 5 minut.
Jak dla mnie - pierwsze udane wykorzystanie białych szparagów :)

Sezon na szparagi

poniedziałek, 10 maja 2010

Podsumowanie akcji warszawskiej


Nie ukrywam, że tkwi we mnie pewien niedosyt. A także rozbudziła się ciekawość. Bo z literatury wyłania się obraz imponujących warszawskich stołów, zastawionych ciastami. Oraz potrawami z wiślanego łososia, minogów, pieczonych miąs... A jak przychodzi co do czego, to w zasadzie... wuzetka, śledzie po warszawsku, schab po warszawsku... pyzy i flaki z pulpetamy...

Muszę się jeszcze wiele dowiedzieć o kulinarnej przeszłości mojego miasta...

Kaczucha z bloga Słodkie rozmyślania:
Konsti z bloga Apparecchiamo:
Viridainka z Cioccolato Gatto także zaszalała Zygmuntówką,

W Kuchni Ireny i Andrzeja powstały Roladki warszawskie,

Krokodyl na blogu Pomarańcza i imbir zaprezentował wołowinę... w sosie szczypiorkowym lub koperkowym lub chrzanowym a może musztardowym,

U mnie zaś - Schab po warszawsku i przykładowe Przyjęcie na warszawską nutę...

Za udział dziękuję :) O kolejnych wytropionych potrawach warszawskich postaram się informować na bieżąco...


poniedziałek, 3 maja 2010

Impreza urodzinowa miasta stołecznego

odbyła się w końcu 30 kwietnia. Goście stawili się w komplecie, z wałówką i apetytem włącznie. Gwiazdy wieczoru to, rdzennie warszawskie:
- ozorki w sosie chrzanowym (made by Szympansica),
- najlepszy gefisz pod słońcem (czyli prawdziwa gefilte fish)
- schab po warszawsku (receptura udoskonalona),
- wieprzowina w galarecie
- zupa pomidorowa
- wuzetki

oraz nieortodoksyjny, ale pyszny chleb cynamonowo-orzechowo-owsiany (i jedna Szympansica wie, co tam jeszcze było) a także, wyjątkowo pasująca do galaret, "sałatka" z sera żółtego, czosnku i majonezu. Na sałatkę warszawską, znalezioną w książce Hanny Szymanderskiej*, a składającą się - między innymi - z mielonki wieprzowej i warzyw z majonezem, jakoś się nie odważyłam...

W planach były jeszcze bułki z pieczarkami (znane bywalcom warszawskiej Starówki), ale z uwagi na obfitość jedzenia wyleciały na dzień następny...

Dzień przed imprezą zamarynowałam schab do pieczenia. Ostatnio pochłaniam pasjami książki o ucieczce przed cywilizacją na wsie toskańskie i prowansalskie. I w jednej z nich, bodajże była to "Pod słońcem Toskanii" ale głowy uciąć sobie nie dam, znalazłam informacje o dodawaniu do pieczeni wieprzowej - i wieprzowiny ogólnie - szałwii. Hmmm... a może to był jednak "Rok w Prowansji"?... Nieważne. W każdym bądź razie oderwałam od mojego krzaczka szałwii solidną garść, i zmiksowałam z oliwą, solą i kilkoma ząbkami czosnku na pastę. Pastą natarłam ładny, oczyszczony z błon kawałek schabu środkowego i pozwoliłam mu się aromatyzować przez noc. Upiekłam (bez obsmażania na patelni, bo zapomniałam, ale za to w rękawie do pieczenia) w nagrzanym piekarniku. Nie rumieniłam. I umarłam gdy spróbowałam :D Było pyszne... O farszu już Wam pisałam, więc nie będę się powtarzać :)
Drugą czynnością w dniu imprezy było przygotowanie wywaru - na zupę pomidorową i galaretki. Kawałki mięsa indyczego (skrzydło) wołowego (rostbef) i wieprzowego (polędwiczki, użyte następnie w galarecie) gotowałam z podwójną porcją włoszczyzny, kilkoma zielami angielskimi, listkami laurowymi i solą.
W nasmarowanych olejem foremkach do muffinów ułożyłam kawałki ugotowanej polędwiczki wieprzowej. Dodałam plastry jajka na twardo, ugotowanej marchewki, marynowanych pieczarek, malutkich kolb kukurydzy...
Na półmisku ułożyłam plastry faszerowanego schabu i ozdobiłam tymi samymi składnikami, co powyżej...
W mniej więcej litrze wywaru rozrobiłam stosowną ilość żelatyny. Przestudziłam. I zalałam - najpierw formę do muffinów, a potem plastry schabu. I zaczęłam trzymać kciuki, bo na ścięcie się w lodówce dałam mojej galarecie 2 godziny... Udało się. Prawie - co widać po galaretkach ;)

Goście przyszli z własnym wiktem. Kajkowska przyniosła rewelacyjną rybę faszerowaną (straszliwie pracochłonna rzecz, i dlatego tak ciężko ją namówić). Szympansica, jak już pisałam, chleb i ozorki w sosie chrzanowym (no jak nie lubię ozorków, tak te były grzechu warte...).

Następnego dnia zaś (oprócz dojadania resztek) mieliśmy bułki z pieczarkami. Pokrojone pieczarki, obficie doprawione pieprzem i mniej obficie - solą - smaży się na patelni z półplasterkami cebuli, aż cała masa zgęstnieje, cebula zacznie się karmelizować. Nadziewa się tym bułki. Prosty, a smaczny fastfood. I w dodatku wspomnienie czasów młodości szkolnej, kiedy to Książę Małżonek, jeszcze w charakterze epuzera, ogonkował do okienka na rogu Nowomiejskiej i Wąskiego Dunaju...

Kuchnia warszawska

__________
* Kuchnia polska potrawy regionalne, Świat Książki, Warszawa 2004

niedziela, 25 kwietnia 2010

Kurczak cytrynowy


Knajpka syczuańska mieściła się niedaleko domu (względnie niedaleko, w Pekinie odległości są dość imponujące) a w dodatku "wbrew korkom". Nawet wtedy, gdy pewien Dyrektor miał problemy z terminowym powrotem do domu, była szansa, że zdążymy dotrzeć do niej przed godziną 21 (w Pekinie większość restauracji zamyka się o 22, więc 21 to naprawdę ostatni dzwonek...).
Obok "odwróconej ryby" i wołowiny po syczuańsku, zawsze zamawialiśmy kurczaka w sosie cytrynowym. Chrupiące mięso i jędrne kawałki jabłek w delikatnym, jedwabistym sosie znakomicie łagodziły przepalone podniebienia. Według The Food of China - a Journey for Food Lovers danie to pochodzi z kuchni kantońskiej, ale kto by się przejmował...
Podobno zamiast piersi kurczaka można spróbować skrzydełek, a nawet kaczki...
  • 500g filetów z piersi kurczaka (bez skóry),
  • łyżka jasnego sosu sojowego,
  • łyżka wina ryżowego,
  • 2 drobno posiekane dymki,
  • łyżka drobno posiekanego imbiru,
  • ząbek czosnku - no nie zgadniecie... drobno posiekany,
  • 1 jajko, lekko ubite,
  • skrobia kukurydziana,
  • olej do głębokiego smażenia
Sos:
  • sok z 1 cytryny,
  • 2 łyżeczki cukru,
  • 1/2 łyżeczki soli,
  • 1/2 łyżeczki oleju sezamowego,
  • 3 łyżki wywaru z kurczaka (lub wody),
  • 1/2 łyżeczki skrobi kukurydzianej
Kurczaka pokroić w mniejsze kawałki (paseczki). W misce wymieszać sos sojowy, wino ryżowe, dymkę, czosnek, imbir i kurczaka. Przykryć i marynować kilka godzin lub przez noc (w lodówce oczywiście).
Do kurczaka wlać jajko. Wymieszać. Otoczyć kawałki kurczaka w skrobi (np wsypując kurczaka do torebki ze skrobią, zawiązując i potrząsając).
Garnek o grubym dnie wypełnić olejem 0 przynajmniej na wysokość 2-3 centymetrów. Rozgrzać. Smażyć kurczaka partiami, mieszając, przez 3-4 minuty, do zezłocenia. Odsączać i pozwolić przestygnąć. Ponownie rozgrzać olej i przesmażyć kurczaka po raz drugi, do chrupkości.
Połączyć składniki sosu, podgrzać w woku aż zgęstnieje. Dodać kurczaka, delikatnie wymieszać tak by cały się obtoczył. Podawać póki chrupiący, z ryżem i posypane kolendrą.

Następnym razem dodam do sosu jabłko pokrojone w kostkę... I pomidorka. Na zdjęciu niżej, chiński oryginał z pożegnalnej kolacji:

Kuchnia chińska

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails