sobota, 28 lutego 2009

Raki po rosyjsku


Duchy, skarb Scytów i ... raki. Trzy rzeczy, których w trzecim tomie przygód Tereski i Okrętki, pt. "Ślepe szczęście", autorstwa Joanny Chmielewskiej, nie brakuje. Przez wiele, wiele lat zastanawiałam się, jak właściwie smakują te raki... Przypomniało mi się to, gdy zastanawiałam się nad potrawą pasującą zarówno do mojego gotowania z kryminałem, jak i wpisującą się w festiwal kuchni rosyjskiej...

(...) Wieść, całkowicie nieoczekiwana i brzemienna w skutki została przyniesiona przez trzynastoletniego młodzieńca o odstających uszach i obliczu wdzięcznie usianym piegami. Niekoniecznie może podobny wysłańcom bogów, prawie dorównał im szybkością.
Obarczony nowiną Januszek pędził do domu, chcąc czym prędzej podzielić się ciężarem swojej wiedzy ze starszą siostrą, Tereską, a ewentualnie także z jej przyjaciółką, Okrętką. Sytuacja była wyjątkowa, wieści sam wykorzystać nie mógł i te dwie dziewczyny, bardzo stare, starsze od niego o całe cztery lata, traktowane na ogół dość obojętnie, teraz stanowiły jedyną nadzieję.
(...) - Słuchajcie, jeden mój kumpel mówi, że w jednej takiej rzeczce, niedaleko, słuchajcie, mówi, że są raki!
Dwie pary oczu patrzyły na niego obojętnie i bezmyślnie.

- No to co? - spytała po chwili Tereska apatycznie.

- Jak to co? Raki są, mówię przecież! Prawdziwe raki! Mój kumpel mówi, że można ich nałowić!

Przyjaciółki nadal patrzyły na niego bez emocji, w milczeniu, najwyraźniej nie doceniając wagi informacji. Januszek się zdenerwował.

- No co tak siedzicie jak zmurszałe pnie! Głuche jesteście? Mówię wam, że są raki! Mój kumpel widział na własne oczy! Można ich nałowić! Jeszcze jak żyję nie łowiłem raków! Co wy na to? Ta rzeczka jest dosyć blisko... No, co wy na to? Raki podobno można jadać, nałapiemy i zjemy! No? Co wy na to...?

Do Tereski treść komunikatu zaczęła z wolna docierać. Raki... Stwory nieomal egzotyczne... Z rybami miała do czynienia, ostatnio nawet dość dużo, z rakami nigdy. Rzeczywiście, a gdyby tak pojechać na raki...?

(...)
Tereska nie namyślała się już ani chwili.

- No pewnie, że jedziemy. Możemy zaraz jutro. Okrętka, co ty na to? Wsparta plecami o pień jabłoni Okrętka wydała z siebie ciężkie westchnienie. (...) Zawahała się.
- Bo ja wiem... - powiedziała niepewnie.

- Co to znaczy, bo ja wiem! - oburzył się Januszek.
- Raki to jest rzadka rzecz! Jedyna okazja!

- No właśnie! - poparła go Tereska. - On ma rację. Jadłaś kiedy raki?

Okrętka pokręciła głową.

- Nie jadłam, ale... Ale myślałam, że już do końca wakacji będzie spokój...

(...) -
A czy ja muszę jadać raki? - spytała tonem rozpaczliwego protestu.

- Oczywiście, że musisz! - wykrzyknęła Tereska. - Przynajmniej raz!

- No pewnie! - przyświadczył gorąco Januszek. - Kto to widział, nigdy w życiu nie zjeść raka! I nie złapać! Takie życie jest w ogóle zmarnowane!

Okrętka chciała zaprzeczyć tej ocenie sposobów marnowania życia, ale nagle tknęła ją nowa myśl.

- Czy one są podobne do węgorzy? - spytała z nikłym ożywieniem.

- Z wyglądu? - zdziwił się podejrzliwie Januszek.

- Nie, w smaku...

Januszek już otworzył usta, żeby udzielić wyczerpującej odpowiedzi, ale Tereska uciszyła go stanowczym gestem. Namiętność Okrętki do węgorzy, wędzonych i smażonych, przekraczała wszelkie granice i Tereska znała ją doskonale. Oczywiście, że jedyne, co mogło skłonić jej przyjaciółkę do wyprawy na raki, to nadzieja na smak węgorzy. Tereska nie miała zielonego pojęcia, jak smakują raki, ale to było bez znaczenia.

- Bardzo podobne. - oświadczyła z przekonaniem. - Prawie zupełnie takie same.

Zaskoczony Januszek z otwartymi ustami spojrzał na siostrę, nie pojmując przyczyn tego dziwnego stwierdzenia. Według jego wiadomości raki z węgorzami nie miały nic wspólnego. Uznał, że coś w tym musi być i na wszelki wypadek przyświadczył. Tak jest, węgorze i raki to prawie jedno i to samo, z całą pewnością, wszyscy kumple mówili...
*

Myślę, że zapobiegliwa babcia Januszka i Tereski, rakowa specjalistka, część ugotowanych raków zamroziła. Pamiętam jeszcze te olbrzymie, otwierane od góry zamrażalki, mieszczące w sobie poporcjowaną ćwiartkę cielęcia, pól świniaka, lody calypso.. Gdzieś w rogu na pewno znalazłaby się miejscówka dla raków.

Przepis na raki w bardzo smacznym sosie znalazłam w opasłym tomiszczu poświęconym kuchni rosyjskiej, sprezentowanym mi przez Księcia Małżonka. Sos faktycznie bardzo smaczny, podobnie jak raki....
  • 250 g szyjek rakowych mrożonych,
  • 1,5 szklanki (375 ml) śmietany,
  • 0,5 szklanki (125 ml) wina,
  • łyżka masła, sól, pieprz,
  • kminek
Raki rozmrozić w zimnej wodzie. Śmietanę, wino, masło, sól i kminek zagotować w rondlu na małym gazie. Dodać raki, gotować około 20 minut, po czym wyłożyć na półmisek i zalać sosem.

Z kryminałem

________________________
* Ślepe szczęście, Joanna Chmielewska, 1992
** Kuchnia rosyjska, Inna Łukasik, Agnieszka Sado, wyd. Rea, Warszawa 2008

środa, 25 lutego 2009

Paella - Montalbana ciąg dalszy


Książki Montalbano pełne są wzmianek o potrawach, przepisach, smakach i aromatach. Co chwilę ktoś tam myśli o jedzeniu, wspomina o jedzeniu, bądź też jedzeniu się oddaje.
Wczoraj do czynu pchnęła mnie historia, zaczynająca się oczywiście od bułki z pomidorami...

(...) - Panie Mortimer, próbował pan już bułki z pomidorem?

Camps O'Shea cierpliwie wyjaśnił Mortimerowi skład bułki z pomidorem po katalońsku: bread, tomato, salt. That's all? Yes, that's all. Mortimer zamyślił się nad daniem, które mu zaproponowano, i bez większego entuzjazmu potwierdził, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by włączyć bułkę z pomidorem do swojej diety, i dodał z zapalczywością i desperacką gładkością początkującego studenta języka hiszpańskiego:
- Bardzo lubię paellę.
- Woli pan paellę katalońską czy walencką?
Camps O'Shea poprosił dziennikarza, żeby mu wyjaśnił podstawowe różnice między paellą po katalońsku i po walencku, a dziennikarz powiedział, ze to był żart.

(...)
Najgorszy był smak starego oleju, który był bazą paelli przyrządzonej przez specjalistę od nauk przyrodniczych, opętańczo mieszającego całą botanikę i zoologię na jednym talerzu. Poza foie gras było w tej paelli wszystko, a każdy składnik pozostawiał w ustach posmak swej agonii, zanim dał się zatopić w sokach trawiennych.
(....)
- Z tego chłopaka nic nie wyciągnę. Wystarczy mi jednak ta paella.

- Nie smakowała panu.

- Nie. Ryż jest bardzo delikatnym stworzonkiem, panie Camps. Wydaje się, że można z nim robić, co się chce, ale ma on bardzo wrażliwa duszę. Nie można go porównywać z ziemniakami albo włoskim makaronem, które są prostym nośnikiem dla wszelkiego rodzaju smaków. Ryż musi mieć podstawowy smak, może tez jako osobny składnik przyjąć inne smaki. Dlatego powinno się go gotować tylko z produktami, które mają z nim wspólnych rodziców. Kiedy łączy się go z mięsem i ryba, musi to by ryż biały, gotowany
samotnie, potem odcedzony i połączony z innymi samotnymi składnikami. Prawdziwi walencjanie są wynalazcami ryżu gotowanego z innymi składnikami, ale nie są wynalazcami tego barbarzyństwa, które w wielu restauracjach nazywa się paellą z kurczakiem i owocami morza. Chińczycy i inni Azjaci są mistrzami ryżu samego, łączonego później, z czym tylko chcesz, z trzema, czterema czy pięcioma tysiącami różnych smakowitości. A zupełnie niedopuszczalne jest podanie paelli takiej jak ta dzisiejsza, gdzie ryż został usmażony w pół litra olju, użytego także do przypalenia różnych ryb. To nie była paella. To był półprodukt ze szpitala dla poparzonych.
Camps stopniowo oraz szerzej rozdziawiał usta. Zaczął słuchać monologu Carvalha ze zwykłą pobłażliwością wobec bezużyteczności cudzych myśli i słów, lecz irytacja i wiedza Carvalha w końcu go zainteresowały.

- Zdumiewające. Pan to się zna na kuchni.

- Nie znam się na niczym innym. A i na tym nie bardzo. (...)*
Nie wiem, jak moja paellę oceniłby Carvalho. Obawiam się, że niezbyt łagodnie ;o)
  • 400 g ryżu długoziarnistego,
  • 0,75 l bulionu warzywnego,
  • 10 dag chorizo,
  • 75 dag mięsa z piersi kurczaka,
  • 20 dag wędzonego kurczaka,
  • 1 spora cebula, posiekana
  • garść zielonego groszku - mrożonego,
  • 3-4 ząbki czosnku,
  • 400g puszka pomidorów krojonych,
  • przyprawy do mięsa, sól, pieprz.
Na patelni, na oleju podsmażyłam piersi kurczaka, pokrojone w kostkę, i obsypane mieszanką ziela angielskiego, goździków, cynamonu i papryki (czyli po prostu jamajską przyprawą jerk). Dodałam kawałki wędzonego kurczaka i pokrojone "na kęs'" plasterki chorizo. Po zdjęciu z ognia przełożyłam do miski. Na świeżym oleju, w dużym naczyniu o grubym dnie (no dobrze, w garnku - nie mam patelni do paelli ;o) podsmażyłam pokrojoną cebule, dodałam czosnek w plasterkach. Gdy wszystko się zeszkliło, wsypałam suchy ryż. Smażone ziarenka zmieniają barwę - z mlecznej na szklistą. W tym momencie należy je zalać bulionem. Na wierzchu rozsypałam groszek, mięsa i pomidory z puszki. Gotowałam na małym ogniu przez jakieś 15 minut...
Dobre.

Z kryminałem

___________________
*Manuel Vázquez Montalbán, Środkowy napastnik zginie o zmierzchu, Noir Sur Blanc 2005

wtorek, 24 lutego 2009

Potrawa, której nie było


W dzisiejszej odsłonie naszej kryminalnej zabawy zbrodnia goni zbrodnię. A wszystko to w związku ze stworzoną przez Manuela Vázquez Montalbána postacią Pepe Carvalho, prywatnego detektywa z Barcelony, byłego komunisty i agenta CIA, smakosza, wielbiciela kuchni katalońskiej.

Bo zbrodnią jest inspirować się książkami Montalbana w samym środku polskiej zimy. Jak można nie przyrządzić katalońskiego specjału - pa amb tomàquet, opisywanego w tylu książkach tego autora? Niemniej jednak zbrodnią dalece poważniejszą byłoby sięgnięcie po pomidory, niezbędne wszak do chleba z pomidorem, w lutym. Więc z westchnieniem zachowam poniższy fragment w pamięci, na bardziej sprzyjające czasy...

(...) Kelner dostarczył Sanchezowi Bolinowi przekąski i współbiesiadnicy wzięli udział w ceremonii przyrządzania chleba z pomidorem. Pisarz przekroił owoc na pół, starannie wcierając każdą połówkę w kromkę chleba, aż pokryła się miąższem, sokiem i pestkami. Zastosował specjalną technikę, polegającą na starciu pomidorowego miąższu skórką od chleba, co ułatwiło równomierne rozsmarowanie, i kiedy już uzyskał gładką powierzchnię o różowym zabarwieniu, posypał ją solą, skropił kromkę wzdłuż i wszerz oliwą, po czym dwoma palcami ścisnął brzegi chleba, żeby lepiej rozprowadzić oliwę.
- To jest dobre? – zapytała żona akademika.

- To jest po prostu osobliwe, Dulcyneo.

(...)
- Ma pan przed sobą cud kulturowego melanżu, owoc spotkania kultury europejskiego zboża, amerykańskiego pomidora, śródziemnomorskiej oliwy z oliwek i soli, soli ziemi uświęconej przez kulturę chrześcijańską. Ten cud kulinarny objawił się Katalończykom zaledwie dwa wieki temu, ale do tego stopnia byli świadomi wagi tego odkrycia, że uczynili z niego symbol tożsamości, równie istotny jak język lub mleko matki. Do tego stopnia jest to cud kulturowy, że my, mieszańcy, skatalonizowani imigranci, przyjęliśmy chleb z pomidorem jak ambrozję sprzyjającą naszej integracji.
(…)
Coraz więcej ciekawskich podchodziło do stolika, gdzie Sanchez Bolin smarował kromki chleba, i tak szybko rosło zapotrzebowanie na degustację, że trzeba było wyznaczyć Monę do roli pomocnika, a kelnerzy musieli krążyć tam i z powrotem, żeby sprostać zamówieniom w owym cudownym rozmnożeniu chleba i pomidora, bo wnet uformował się wokół krąg wygłodniałych gości, potem zaś długa kolejka po mannę, którą Mona rozdzielała z okrzykami zachęty.
(...)*

Gdzież jesteście, pomidory...

Z kryminałem


_______________________
Manuel Vázquez Montalbán, Nagroda, Noir Sur Blanc 2002


niedziela, 22 lutego 2009

Cotoletta di tacchino alla bolognese


Doktor Kay Scarpetta to prawdopodobnie najbardziej utalentowana kucharka wśród amerykańskich koronerów włoskiego pochodzenia. Tak utalentowana, że wydano nawet książkę z jej przepisami. Ci, którzy zajrzeli już na blog Ireny i Andrzeja na pewno wiedzą, że chodzi o "Food to die for: Secrets from Kay Scarpetta's Kitchen". Traf chciał, ze zainspirowaliśmy się tą samą książką - "Z nadmiernym okrucieństwem"*...

"...Wrócili po kilku godzinach, zaróżowieni od mrozu. Lucy z dumą pokazała mi krwawy pęcherz na palcu, którym naciskała spust.
- Jak jej poszło? - zapytałam wycierając ręce w fartuch.
- Nie najgorzej - odparł Marino, nie patrząc mi w oczy. - Czuję pieczonego kurczaka.
- Mylisz się. - Wzięłam od nich płaszcze. - Czujesz cotolleta di tacchino alla bolognese..."

I stało się. Kilka słów w obcym języku, i niepohamowana ciekawość. Najpierw (przydał się abonament do biblioteki google) okazało się, że w książce jest błąd. A potem, że całość zapowiada się nieźle. To było więcej niż niezłe. To było bardzo dobre... Aczkolwiek niekoniecznie zgodne z tradycyjnym przepisem, gdyż oryginalnie przyrządzane są z cielęciny z kostką, nie z indyka...
Kotlety z indyka na sposób boloński.
4 kotlety z piersi indyka,
4 plastry szynki parmeńskiej,
4 plastry grana padano,
sól, pieprz,
parmezan - starty,
jajko, bułka tarta do panierowania,
olej do smażenia,
100 ml śmietany,
sos pomidorowy - u mnie pomidory krojone, z drobno posiekana cebulką - do podania

Kotlety rozbijamy (lub rozgniatamy) dość cienko. Oprószamy solą i pieprzem, obtaczamy w jajku rozkłóconym z pieprzem, a następnie panierujemy w mieszaninie bułki tartej i parmezanu. Smażymy na patelni na złoto.
Dno naczynia do zapiekania pokrywamy śmietaną wymieszaną z solą i - ewentualnie - odrobiną sosu pomidorowego. Układamy kotlety. Na każdym z kotletów kładziemy plaster szynki plaster (lub wiórki) sera. Zapiekamy w piekarniku, aż ser się rozpuści. Przed podaniem układamy na wierzchu trochę pomidorów.

Z kryminałem

_____________________
* Patricia Cornwell, Z nadmiernym okrucieństwem, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999

Tarta różano-czekoladowa


Pomiędzy jednym kryminałem, a drugim, przypomniałam sobie o weekendzie z czekoladą. Przygotowałam dwie rzeczy, z których jedna - krówki z białej czekolady z pistacjami - wciąż jeszcze czeka na swoją chwilę z aparatem. Ale tarta różana już pozowała - i dobrze, bo prawie nic już nie zostało...
Inspiracją był mi słoiczek otwartej konfitury z płatków róż - pozostałość po lodach - oraz przepis koleżanki, z którego zapamiętałam tylko to, że kruche ciasto i róża lubią się bardzo.
kruche ciasto:
  • 200 g mąki,
  • 80 g miałkiego cukru,
  • szczypta soli,
  • 80 g masła,
  • 1 jajko,
  • 1-2 łyżeczki wody różanej.
Mąkę, cukier i sól wymieszać, a następnie rozetrzeć z masłem. Dodać jajko rozkłócone z wodą. Szybko zagnieść kulę ciasta, odstawić do schłodzenia. Po jakiejś pół godzinie ciasto rozwałkować, wyłożyć formę. Nakłuć widelcem, podpiec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Na cieście rozsmarować konfiturę, zapiekać jeszcze 5-10 minut. Polać polewą zrobioną z 50g czekolady i 2 łyżek śmietanki.

Czekoladowy weekend

Sos cheddarowo-musztardowy


"...W żołądku czułam miły ciężar lunchu, powinnam właściwie rzec, bajkowy ciężar, gdyż na lunch była rolada z szynki wyrobu mojej matki, zalana serowym sosem - moje ulubione danie, którego jednak matka zbytnio nie ceni, twierdząc, że to same resztki. Roladę robi się ze zmielonej i odpowiednio przyprawionej szynki, upieczonej we francuskim cieście; matka kroi ja na wielki kręgi, a następnie polewa gęstym sosem barwy nagietków, zrobionym z sera cheddar i musztardy. Matka w ogóle ma za nic takie potrawy, a przecież ciasto rozpływa się na języku, a sos jest gładki jak jedwab. według niej rolada to byle jakie chłopskie jedzenie, któremu nawet nie nadała żadnej nazwy - nie takie jak anielski placek albo piórkowy tort czekoladowy. Ale, och, ta szynka! I ten sos serowy!!!..."*

Odkąd przeczytałam pierwszą z serii powieści Marthy Grimes o młodziutkiej Emmie Graham, sos serowy chodził za mną. Zresztą już mój dziadek, wręczając mi "Hotel Paradise" zachwycał się opisami jedzenia... Bo też i matka (nie mama) Emmy gotuje znakomicie. A w dodatku konkretnie -nie chodzi o iluzję jedzenia, "wężyk marchewki tu, gałązka pietruszki tam oraz trójkącik wędzonej ryby w kałuży różowego sosu"...
Polecam i książkę, i sos. Nie odważyłam się przyrządzić szynki w cieście, ale z gniecionymi ziemniakami, pieczoną piersią kurczaka i smażonymi porami komponował się znakomicie...

  • 15 g mąki,
  • 15 g masła,
  • 300 ml mleka,łłyżka musztardy,
  • 15 dag sera cheddar,
  • 2 łyżeczki kurkumy,


Z mąki i masła zrobić zasmażkę. Rozmieszać z musztardą. Powoli wlewać mleko, dokładnie wymieszać. Zdjąć z ognia, dodać starty ser i mieszać aż się rozpuści. doprawić solą, pieprzem i kurkumą...

I tak, może nie jakoś spektakularnie, rozpoczęłam wczoraj gotowanie z kryminałem w ręku...


Z kryminałem

_________________________
* Martha Grimes, Hotel Paradise, Wydawnictwo W.A.B. 2006, II wydanie

niedziela, 15 lutego 2009

Kolacja.... Walentynkowa?


Podczas ostatniego pobytu w Pekinie dorobiliśmy się nowej świeckiej Tradycji - wspólnego z moimi rodzicami (a zwłaszcza Tatą) siadywania przy gitarze. Co prawda Szanowna Małpka (czyli nasz ulubiony gitarzysta) twierdzi, że śpiewamy jak balet Teatru Wielkiego - po cichu i na palcach - ale i tak zabawa jest przednia...
W ostatnią, walentynkową sobotę udało nam się zebrać wokół stołu - i gitary. I choć niektórzy goście nie przyszli, to dopisali inni. Przez cały tydzień chodziłam dookoła menu, aż w końcu podałam, miedzy innymi:
- mule na dwa sposoby,
- bagietki wg. Bajaderki,
- pasztet z jagnięcia (kupny ;o),
- lody różano-kardamonowe.

Zaczniemy od gotowca, czyli jagnięcego pasztetu z warszawskiej restauracji Absynt, w którym zakochaliśmy się podczas styczniowej kolacji rocznicowej. Kremowy, z dobrze wypieczoną skórką, podawany jest w małych porcjach z dodatkiem konfitury cebulowej. A co najważniejsze, można go kupić na wynos (uprzednio zamówiwszy). Czas oczekiwania można sobie skrócić rozmową z panem Jarkiem o Chinach, a gdy w końcu dostaniemy gotowy produkt, będzie on bardzo profesjonalnie zapakowany przez przemiłą panią kelnerkę (która swoje artystyczne zdolności realizuje także przygotowując latte). Polecam.
Oprócz pasztetu z wyprzedzeniem musiałam zamówić jeszcze jedną rzecz - świeże, normandzkie mule. Wszystko udało się znakomicie - w sobotę, około południa, odebrałam z rąk kierowcy sklepu La Maree pięć kilo, bardzo - jak się później okazało - żywych małży. Powiem tylko, że 5 kilo muli to dużo muli - tak gdy chodzi o ich czyszczenie, jak i jedzenie. Ale do rzeczy.

Przede wszystkim postanowiłam przygotować mule po marynarsku - w białym winie i z czosnkiem...
  • 3 kg muli
  • 2 łyżki masła lub oliwy
  • 3 szalotki
  • 3 ząbki czosnku
  • szklanka białego wina
  • 2 łyżki gęstej śmietany
  • świeże zioła - tymianek i pietruszka
Mule należy wyszorować, zeskrobać narośla (przyczepy) z muszli i oderwać brody. Dokładnie opłukać pod bieżącą zimną wodą i osuszyć; jako że wszystkie wrzuciłam do zlewu, miałam podczas czyszczenia efekty dźwiękowe - mule się otwierały i zamykały, wypuszczając powietrze... ale hiczkok ;o). Wszystkie mule, które były otwarte, i po lekkim stuknięciu o stół nie chciały się zamknąć, wyrzucałam. Nie było ich zresztą dużo - jakież 10 sztuk.
W dużym, pięciolitrowym garnku podsmażyłam na maśle drobno posiekane szalotki. Wsypałam mule, zalałam winem, dodałam posiekane zioła i zwiększyłam ogień. Gotowałam pod przykryciem jakieś 5 minut od czasu, gdy płyn zawrzał, kilkukrotnie potrząsając garnkiem.
Po zdjęciu z ognia przełożyłam mule do miski. Gdyby jakieś się nie otworzyły, wyrzuciłabym (ale nie było). Rozprowadziłam śmietanę łyżką sosu, żeby się nie zwarzyła i wymieszałam z całością...
Oj, jakie one były dobre. Ale to chyba widać na zdjeciu ;o)Mule w sosie pomidorowym - choć pyszne - cieszyły się mniejszą popularnością. Zasada bardzo podobna, tylko przed dodaniem muli i wina, należy z szalotkami poddusić 3-4 pomidory (albo kilka pomidorków koktajlowych) obrane ze skóry i pozbawione pestek...
Kolejną rzeczą, która nie załapała się na zdjęcie, były bagietki wg przepisu Bajaderki. Wspaniałe. I do pasztetu, i do sosu spod muli...

Na deser - oprócz przyniesionej przez Małpki szarlotki (bardzo dobrej, bardzo bardzo) były lody różano-kardamonowe. Przepis na pewno wymaga dopracowania, jeżeli chodzi o konsystencję, ale myślę że warto go przytoczyć...
3 szklanki mleka (2%),
2 szklanki śmietanki do ubijania,
3 łyżki konfitury z płatków róż,
3 strączki czarnego kardamonu - a w zasadzie ich pokruszona zawartość.

Mleko zagotować ze śmietanką i kardamonem, dodać konfiturę. Dokładnie wymieszać. Ostudzić, przełożyć do formy i zamrozić. I już. Proste, czyż nie?

środa, 11 lutego 2009

Po prostu pizza


Za oknem jest ciemno i zimno. Co i rusz telepią mną jakieś dreszcze. Te kawałki mojego mózgu, które odpowiadają za "kulinarne planowanie", zajęte są przez cały czas sobotnia kolacją. Na wczorajszą już nie starczyło inwencji...
Padło więc na coś prostego, pysznego, kalorycznego i szybkiego*, czyli - dwie pizze. Kolację ze śniadaniem ;o) w jednym...
4 szklanki mąki
1 1/3 szklanki wody
ok. 10 g drożdży instant
2 łyżki suszonych ziół
2 łyżeczki cukru
2 łyżeczki soli

Drożdże wymieszać z cukrem, zalać 2 łyżkami letniej wody, odstawić na 10 minut. Mąkę wymieszać z ziołami i solą w misce, zrobić dołek, wlać drożdże i resztę wody. Z grubsza wyrobić, przesypać wszystko na stół, zagnieść elastyczne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w wysmarowanej oliwą misce na jakieś 40 minut, W tym czasie rozgrzać piekarnik do 250 stopni (z blachą w środku.
Ciasto podzielić na dwie części, uformować dwa okrągłe placki. Wierzch każdego lekko posmarować oliwą.

U mnie pierwsza, książęcomałżonkowa pizza była z serem, sosem pomidorowym, garam masalą i suszonymi pomidorami. Zniknęła bez śladu.
Na drugiej rozsmarowałam osoloną śmietanę, rozłożyłam cebulę, pieczarki, i boczek. Sporo pieprzu, trochę żółtego sera... Po upieczeniu posypywałam liśćmi rukoli...

Ot, pizza.
___________________________
* doświadczenie uczy, że od rozpoczęcia zagniatania ciasta na 2 pizze, do momentu ich konsumpcji, mija mniej czasu niż od momentu zamówienia ich przez telefon do chwili dostarczenia...

środa, 4 lutego 2009

Vepřové ve smetanové omáčce


Jest to chyba najlepszy śmietano-cebulowo-chrzanowy sos, jaki w życiu jadłam. Aksamitny, o delikatnym smaku... musicie spróbować.
400 g vepřového masa,
1 cibule,
2 dl smetany,
hladká mouka,
kopr (křen), olej

Vepřové maso nakrájíme na menší plátky, které prudce po obou stranách osmažíme. Přidáme nakrájenou cibuli, zalijeme asi 2,5 dl horkého vývaru a dusime do změknutí. Potom přilijeme smetanou, do který jsme zašlehali lžíci hladké mouky a vaříme do zahuštění. Po odstavení vmícháme lžíci křenu.*

Česká kuchařka
__________________________
* Wieprzowinę pokroić w plastry, szybko obsmażyć po obu stronach. Dodać posiekaną cebulę, zalać 2,5 dl gorącego wywaru i dusić do miękkości. Dolać śmietanę, w której rozmieszaliśmy łyżkę mąki i gotować do zgęstnienia. Po zdjęciu z ognia wmieszać łyżeczkę chrzanu. Porcję dla niekoperkofobów posypać koperkiem.

niedziela, 1 lutego 2009

Štramberské uši


Tuż przed planowaną majówką w Pradze wpadł mi w ręce jeden z numerów miesięcznika "Kuchnia", opisujący górskie miasteczko Sztramberk, jego znakomite piwo i "sztramberskie uszy" - piernikowo-miodowe ciasteczka, wypiekane od stuleci na pamiątkę odniesionego 8 maja 1241 r. (w dzień Wniebowstąpienia) zwycięstwa czeskich chrześcijan nad mongolskimi wojskami.
Przepis na uszy jest ściśle tajny, dlatego pokażę Wam błyskawiczny deser przygotowany z użyciem gotowców, kupionych podczas krótkiego - za krótkiego - pobytu w tym niezwykle uroczym miasteczku...

Potrzebne nam będą uszy (migdałowe, orzechowe, albo zwykłe), bita śmietana, cukier z wanilią i "coś" - powidła, marynowane w winie winogrona, owoce z kompotu, konfitura. Uszy napełniamy śmietaną, dekorujemy łyżeczka owoców (albo i nie) i posypujemy cukrem.

Česká kuchařka


LinkWithin

Related Posts with Thumbnails